Ciche oczekiwanie – IV
25 Styczeń 2012
IV
18 stycznia 2012, 11:32, Kozienice
Po dwóch latach walk na froncie w Afganistanie, znów mogę wstać o której mi się podoba. Dobrze wykorzystałem swoją szansę. Po dość długim, bo prawie dwunastogodzinnym śnie obudziłem się, rześki i wyspany. Od razu nastawiłem wodę po czym udałem się do łazienki. Zimny prysznic dobrze mi zrobi. Czysty i pobudzony stwierdziłem, że po powrocie wypadałoby odwiedzić inną ważną w moim życiu kobietę, moją narzeczoną – Dianę. Diana jest śliczną, zgrabną brunetką, nie wysoką, bo mierzącą jedynie metr sześćdziesiąt pięć. Skończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie po próbach zrobienia kariery w wielkich gazetach, lub telewizjach wróciła do Kozienic, gdzie cały czas pracuje w lokalnej telewizji. Trochę to smutne, bo osoby, które naprawdę coś potrafią nie mogą zrobić nic nadzwyczajnego bez konkretnych znajomości. Pracowała cztery minuty drogi na pieszo od mojego domu. Krótki spacer wydał mi się bardzo przyjemny. Idąc powoli prawdziwą przyjemnością był haust świeżego powietrza prosto w płuca. Wreszcie dotarłem. Siedziba całej telewizji miała miejsce na ostatnim piętrze lokalnego domu kultury. Wchodząc powoli po schodach przypomniałem sobie o wszystkich moich występach, przedstawieniach i prezentacjach, które miały tu miejsce. Akcja charytatywna w której byłem wolontariuszem, przedstawienie teatralne. Tak. Teatr to było coś do czego miałem talent, niestety zawsze na Twojej drodze stanie ktoś, kto pragnie zniszczyć Ci marzenia. Wtedy o tym nie wiedziałem, teraz dobrze wiem. Nasz naród jest zawistny, gdy jednemu lepiej idzie, wtedy inny zacznie mu zazdrościć, krytykować i starać się go wprowadzić w chęć porzucenia swoich działań. Wielu ludzi się poddało. Ja również, ale jeżeli coś sprawia Ci przyjemność – nigdy tego nie zaprzestawaj. Wreszcie dotarłem na samą górę, otwierając po cichu drzwi główne udałem się do otwartego pomieszczenia po lewej. Siedziała przed komputerem. Zapewne pisała jakiś reportaż lub inne dziennikarskie pismo, szczerze – nie znam się na tym. Nigdy nie byłem najlepszy z polskiego. Po cichu doszedłem do jej fotela i zasłoniłem moimi dłońmi jej oczy. Podskoczyła z zaskoczenia, a gdy już zorientowała się kto tak naprawdę starał zakłócić się jej przestrzeń interpersonalną rzuciła się na mnie z otwartymi ramionami. Dobrze było poczuć na szyi jej splątane dłonie, a także poczuć dotyk jej warg na całej twarzy. Wreszcie, po dwóch latach, znów mogłem poczuć młodość. Niestety, ale wojna nas wychowuje inaczej, nikt już nigdy nie będzie młody nawet i duchem, po tym co musi tam przeżyć. Teraz mimo wszystko poczułem się pewniej, że nawet jeżeli mnie tu nie ma, jestem na froncie to zawsze w kimś mam wsparcie. Kobiety to dla mężczyzny jedna z najważniejszych rzeczy, ale największe znaczenia mają dla niego dwie – ta, która go urodziła i ta, która będzie rodzić jego dzieci. Jeszcze przez krótką chwilę byłem duszony przez tą piękną damę. Po tym łzawym akcie powitania. Usiadłem obok niej. Opowiadała o tym, jak praca, co w domu. Jak zwykle żadnych nadzwyczajnych kataklizmów w życiu. Wszystko szło jak zawsze. Postanowiłem, że posiedzę sobie trochę z nią i popatrzę jak pracuje. Zawsze wydawała mi się seksowna, gdy musiała się na czymś skupić i przyłożyć. Wtem do jej małego pokoiku wszedł facet, prawdopodobnie jej szef. Gruby, niski, śmierdział papierosami. Typowy typ szefa, nie owijał też w bawełnę i po wejściu rzekł:
-Diana, w ciągu piętnastu minut masz być z Markiem przed urzędem miejskim. -powiedział szybkim, grubiańskim i stanowczym tonem, chyba potrafił postawić ludzi do porządku.
-Co to za akcja? – natychmiast odpowiedziała.
-Protesty internautów!
Za bardzo nie rozumiałem o co chodzi, jakie protesty? Albo przez noc wydarzyło się coś niesamowitego, albo… Nie wiem. Nie miałem wytłumaczenia w tej sytuacji. Szef wyszedł z pokoju, a Diana zaczęła szukać w komputerze dokumentów, które musiała sobie wydrukować. Zmieszany całym wydarzeniem, chciałem dowiedzieć się czegoś więcej na cały temat. Od tak nagle rzuciłem:
-Mogę jechać z Tobą? – właściwie nie wiem czy chciałem, ale jeśli się zgodzi – czemu nie. I tak nic innego nie miałem do roboty.
-Jasne. -rzuciła od razu. -Tylko raczej nie znajdziesz miejsca przed kamerą.
Mówiąc to w jej głosie czuć było radość i lekki śmiech. Chyba znowu ktoś jest dzięki mnie szczęśliwy, chociaż nie wiem, czy to ja, czy radość spowodowana jakimś ciekawym dla reportera wydarzeniem. W sumie to nie ważne. Szczęście przede wszystkim. Szybko zeszliśmy na dół do służbowego samochodu. Za kierownicą usiadł Marek – wysoki brunet, żonaty. Tak przynajmniej sugerowała obrączka na palcu. Na miejscu pasażera z przodu leżała kamera i oparty o fotel statyw. Ja, wraz ze swoją narzeczoną usiadłem z tyłu. Co prawda nie było daleko, ale czas nas popędzał. Wystarczyło przejechać dwie przecznice i byliśmy na miejscu. Samochód musieliśmy zaparkować na parkingu przy niedalekim budynku innego z urzędów. Szybko przeszliśmy na plac główny, duża fontanna, bez wody, ale czego się spodziewać w czasie zimy. Tłumy ludzi stały pod urzędem z wielkimi transparentami. Duży budynek Urzędu Miasta i Gminy był cały otoczony, instytucja ta miała swoją siedzibę w zespole pałacowym, który otaczał właśnie ową fontannę. Zwykle to miejsce świeciło pustkami, ale teraz. Nigdy nie widziałem tylu ludzi w jednym miejscu w tym mieście. Nawet na koncerty przychodziło mniej. Na oko przede mną stało cztery, może pięć tysięcy ludzi. Transparenty mieli różne, co prawda, nie mogłem się dowiedzieć z nich wszystkiego, ale przybliżyło mi to wstępną sytuację. „Nie dla cenzury! Chcemy wolnego internetu!”, „Precz z komuną!”, a nawet „Panie pośle, a pornosy skąd Pan ściągnie?!”. Ostro. Aż dziwne, że część z tych ludzi wyszła z domu. Gdy rozglądałem się po całym placu i opanowywałem mój śmiech i zdziwienie zobaczyłem, że po mojej prawie, dwójka ludzi jest już w swoim żywiole. Kamerzysta uważnie stał i nagrywał prezenterkę, która z zażartością tłumaczyła przyczynę całego tego zamieszania:
-…dokument na którego mocy internet zostanie częściowo ocenzurowany. Przykładem jest fakt, że każde naruszenie prawa internetowego, musi zostać zgłoszone przez Twojego dostawce internetu na policje. -albo mi się wydaję, albo w jej głosie słychać było podniecenie, ale cóż, w tak małym mieście nie codziennie dzieją się takie rzeczy. -Za wprowadzeniem tej ustawy, głosował nasz burmistrz, a zarazem poseł na sejm – Dariusz Plemień. Dokument mający zatwierdzić chęć przyjęcia przez Polskę dokumentu ma zostać podpisany już 26 stycznia w Tokio. Ale jak mówią internauci – zrobią wszystko, byle tylko internet pozostał wolny. Potwierdzili już, że w kolejnych dniach, na terenie całego kraju odbędą się protesty i demonstracje.
Ciekawe. Naprawdę ciekawe. Wszystko to, co mówiła ta wariatka na drodze nagle zaczęło mieć sens. Pytanie kogo się bać – zwykłych obywateli, czy rządu? Diana wraz z Markiem musiała wracać do pracy, jednak jedyne co zrobiłem to pożegnałem się z nimi. Nie miałem ochoty wracać do jej pracy i słuchać dziennikarskiej gadki o tym, jak najwięcej z tego zarobić. Gdy wreszcie doszedłem do domu od razu włączyłem telewizor. Wszędzie to samo, protesty, demonstracje i informacje. Na każdym kanale to samo. Nagle w uszach rozbrzmiał dźwięk dzwoniącego telefonu.
Sorry, dzięki i cierpliwie.
25 Styczeń 2012
No to jak każdy z tych wpisów – Witam. Od razu z miejsca chciałbym podziękować za to iż w ciągu poprzedniej doby udało nam się nazbierać 1000 (słownie tysiąc) wejść na mojego bloga. Jest mi niezmiernie z tego powodu miło, ponieważ to w miarę duży sukces, który uważam że też jest moją zasługą, bo dzięki ciężkiej pracy i waszej motywacji wczoraj opublikowałem dwa rozdziały. Następną rzeczą jaką muszę zrobić to przeprosić za to, iż prawdopodobnie dzisiaj nie zostanie opublikowany żaden rozdział (a jeżeli już to w okolicach 23-24). Ten rozdział na pewno zajmie wam trochę więcej czasu, niż wszystkie poprzednie, dlatego czekajcie cierpliwie
. W związku z tym iż nie poradziłbym sobie sam, bardzo dziękuję za duchowe i treściowe wsparcie Artura. Właściwie to wszystko. Czekajcie, a się doczekacie
Ciche oczekiwanie – III
24 Styczeń 2012
III
18 stycznia 2012, 3:15, Alicante
Miguel siedział przed swoim komputerem już piątą godzinę, lecz według jego myśli to co robił było słuszne i miało na celu przynieść pożytek nie tylko jemu, ale całej Europie. Kto wie, może nawet i światu. Pił już piątą kawę. Rozpuszczalną, bo czarnej ponoć nie znosił całkowicie. Rozmawiając na czacie i dyskutując na forum w tle przeprowadzał ataki DDoS na wybrane przez partnerów strony. Póki co o całej sprawie było cicho, zaledwie trzy dni temu rządy doszły do porozumienia, ale każdy, kto na bieżąco śledził nowe wpisy na Facebooku czy Twitterze, wiedział, że to co władze chcą wprowadzić w życie nie będzie tylko głupią ustawą, nie tylko ograniczy ludziom dostęp do internetu. Ale przede wszystkim będzie początkiem złych, mających źródło w czasach komunizmu, rządów. Jedna, druga, trzecia. Kolejno wyłączały się następne strony internetowe rządów. Raz w Austrii, raz w Niemczech, raz w Hiszpanii i tak wszędzie po kolei. Wszyscy działali pod zasłoną nocy. Dla młodego Hiszpana nie była to pierwsza taka akcja w życiu. Pomagał w znacznie większych atakach. Raz wraz z partnerami wyłączył serwery należące do firmy Sony, w dodatku wykradł dane kilku tysięcy użytkowników platformy PlayStation Network. Kilku jego kolegów nawet już usłyszało za ten wyczyn wyrok, ale Miguel wciąż starał się uciekać przed prawem. Za oknem, na ulicach Alicante trwała cisza i spokój, absolutnie nic się nie działo. Wtem w jego uszach rozbrzmiał dźwięk mocnego dobijania się do drzwi. Jego serce nagle się zatrzymało. Przestało bić na trzy, może pięć sekund. Powróciło z niesamowitą mocą, uderzenia były nie dość że szybkie, to tak mocne że słyszalne ze sporej odległości. Dobrze wiedział kto mógł złożyć mu wizytę, ale był ubezpieczony w razie takich sytuacji. Szybko wyłączył komputer, a następnie wyciągnął dysk z masą nielegalnego oprogramowania, nie tylko filmów, gier czy systemów, ale także programów, które sam stworzył do osiągnięcia jeszcze lepszych wyników w swoim hackerskim rzemiośle. W ukrytej w ścianie szafce czekał zimny, rzadko używany dysk, z legalnym i bezpiecznym oprogramowaniem. Miguel dobrze wiedział, kto mógł go odwiedzać o tej porze, walenie w drzwi nie ustawało, ale jeszcze powiększało swoje natężenie. W końcu poszedł do przedpokoju i zapalił światło. Spojrzał jeszcze tylko przez judasza, ciemność, i otworzył drzwi. Nawet się nie zorientował, a już leżał ze skrępowanymi rękoma. Znał tych ludzi. Agenci CNI. Centro Nacional de Inteligencia, czyli Narodowe Centrum Wywiadu. Zajmowali się wszystkim. Zawsze gotowi na każde wezwanie rządu. Gdy trzech agentów zajęło się przeszukiwaniem mieszkania, jeden z nich, wciąż go trzymał i zaczął szybkie przesłuchanie:
-Miguel Jocinta dos Santos Meneira?! To Ty?! – wydarł się na niego z impetem, na pierwszy rzut oka, wydawało się, że sprawia mu to przyjemność.
-Tak. – odpowiedział niepewnym głosem. – Ale nie rozumiem o co chodzi.
-Jesteś oskarżony o siedem ataków hackerskich, a także wyłudzania numerów kont bankowych i haseł.
-Nigdy nic takiego nie robiłem. Całkowita pomyłka. To niemożliwe! – zaprzeczał, ale w jego głosie wciąż tkwiło zdenerwowanie, wywołane całą sytuacją.
-Już zobaczymy. Pojedziesz…
Nagle do przedpokoju wskoczył jeden z podwładnych i przerwał w pół zdania swojemu,jakby to ktoś ujął – przełożonemu.
-Kapitanie Ramirez! Znaleźliśmy jeden komputer stacjonarny i kilka magazynów informatycznych. -mówił dumnym głosem, mały, chuderlawy facet w kombinezonie wojskowym. -Nic innego z zaplecza informatycznego nie zostało znalezione.
Z lekkim grymasem na twarzy kapitan przyjął tą wiadomość. Powinno być coś więcej, ale jednak nic innego nie było. To mu musiało wystarczyć. Wstał i wyprostował się, a następnie zaczął mówić:
-W takim razie zabieramy go i ten komputer ze sobą. Już nasi informatycy się zajmą tym Twoim komputerkiem.
Wszyscy już wyszli. Zamykane drzwi od furgonetki i warkot silnika były ostatnimi odgłosami słyszalnymi tej nocy na tym obszarze Alicante.
Ciche oczekiwanie – II
24 Styczeń 2012
II
17 stycznia 2012, 21:20, Kozienice
Wreszcie dojechałem. Ku moim oczom ukazał się mały, parterowy z żółtymi od zewnątrz ścianami dom. Paliło się jedynie jedno światło. Po tym jak otworzyła się brama, wjechałem na podwórko. Garaż był zamknięty, zapewne spowodowane było to tym, że na dworze panuje straszna ulewa, w dodatku często mamy opady śniegu. Wcisnąłem przycisk na pilocie. Ku mojemu zdziwieniu nie było tam pustego miejsca, a zamiast tego stał samochód. Toyota. W ciemnościach i przy padającym deszczu nie byłem w stanie dokładnie dojrzeć jaki to model. Jedynie kolor był łatwy do zgadnięcia. Srebrzysty pojazd stał w wręcz nienaruszonym stanie. Mój stary Volkswagen Passat nie miał czym się równać do tego, jak mniemam świeżego modelu, który niedawno wyjechał z salonu. Zamknąłem zatem garaż, a swój samochód pozostawiłem na miejscu przed garażem. Zgasiłem silnik i biegiem pobiegłem w kierunku drzwi wejściowych do domu. Pierwsze drzwi były otwarte, szybko schowałem się do małej sieni, były tam trzy pary drzwi – te którymi wszedłem przed chwilą, jedne, białe do piwnicy i jedne, jasnobrązowe zrobione z dębu, które prowadziły bezpośrednio do mieszkania. Zamknąłem za sobą jedne drzwi, a gdy chciałem otworzyć drugie, a gdy chciałem odwrócić się do drugich poczułem uścisk na szyi. Po krótkiej ciszy usłyszałem tylko krzyk radości.
-Danieeeeeeeeeeeel! – krzyknęła, przytulając mnie. -Wreszcie wróciłeś!
Tak zawsze witała mnie po powrocie. Moja kochana mama. Wysoka, szczupła blondynka, której gdzieniegdzie pojawiały się zmarszczki, które mimo wszystko udawało jej się zakrywać masą kosmetyków. Gdy tylko uwolniłem się od objęcia dusiciela odpowiedziałem:
-No cześć. – może trochę bez emocji, ale zawsze coś. -Sama jesteś?
Byłem zdziwiony faktem, że tylko ona mnie wita, zwykle ten dom tętni życiem, jest tu pełno ludzi, zwykle to koledzy Pawła – mojego młodszego brata, którego mimo wszystko brakowało i teraz.
-No sama. – ciągnęła, nieco ze smutkiem w głosie. -Paweł pojechał na obóz, a tata dalej jest w Holandii.
No tak. Przecież są ferie, idealny czas na wyjazd gdzieś na narty. Nigdy nie zapomnę jak tata zabrał nas tam pierwszy raz. Mama strasznie się bała, ja choć jeździłem racjonalnie i bezpiecznie, wciąż byłem strasznie niepewny, w przeciwieństwie do mojego brata – on poczuł wtedy życie, pędził w dół i znowu wjeżdżał na górę, skakał, obracał, kombinował, ale zawsze nawet jak się mocno wywalił był cały i nic mu nie było, a nawet dodatkowo go to nakręcało.
Przeszliśmy do kuchni, akurat trafiłem, bo woda kończyła się gotować. Gorąca herbata mi się przyda. Na dworze mróz, w dodatku ta szalona kobieta. Długo jeszcze rozmawiałem z mamą o tym co się działo od kiedy wyjechałem do Afganistanu. Poza ociepleniem mieszkania nic ciekawego się tu nie wydarzyło. Poza koncertami paru ciekawych artystów i kabareciarzy nie działo się tu nic wartego podkreślenia. Gdy matka poszła spać, postanowiłem jeszcze sprawdzić wiadomości w internecie. Nic ciekawego. Wszędzie tylko o katastrofie smoleńskiej, zmarłych powinno się zostawić w spokoju, a nie szukać jeszcze wśród nich winnego. Wszędzie tylko o tej polityce. Nawet mnie, jako żołnierza mało to obchodzi. Siedząc i usypiając przed monitorem komputera nagle usłyszałem trzask. Zerwałem się i od razu przebudziłem. Co najgorsze, dźwięk wydobywał się z piwnicy. Nieco przerażony wyjąłem glocka z kabury. Cichymi krokami udałem się w stronę sieni, a następnie schodami zszedłem na dół. Było strasznie ciemno, w dodatku jedna z żarówek na korytarzu się spaliła i byłem zdany na światło palące się w jednej z wnęk. Po lewej minąłem dwa małe pokoje w którym zwykle rodzice przetrzymywali zabutelkowane wina i gotowe konfitury. Znowu w moich uszach zabrzmiał dźwięk. Tym razem brzmiało to jak krok, lub upadek jakiegoś małego przedmiotu. To było gdzieś z prawej strony. Graciarnia. Dokładnie poziom pod moim pokojem. Powoli przeszedłem przez próg, zapaliłem światło. Nic, parę wywalonych garnków leżących na ziemi, ale drzwi do następnego pokoju były otwarte. Poczułem nieprzyjemne uczucie kucia w lewym boku. To dziwne. Jestem żołnierzem, czysto teoretycznie patrzę śmierci w oczy codziennie. Ale wtedy wiem kiedy moje życie jest zagrożone i wiem kogo mogę się spodziewać. Tu nie mam zielonego pojęcia kto lub co stanie przed moimi oczami. Lekko zdążyłem przekroczyć próg i odgłos łomotu garnków zabrzmiał za moimi plecami. Podskoczyłem. Jednocześnie obróciłem się w powietrzu o 180 stopni. Widok, który ujrzałem całkowicie mnie zdziwił. Z ulgą odetchnąłem. Obcy, który grasował w piwnicy, nie był ani złodziejem, ani zabójcą tylko kotem. Psika. Takie też imię nosił mój mały, czarny kot. Schowałem pistolet do kabury i wraz z kotem na rękach udałem się na górę. Ku przestrodze zamknąłem za sobą drzwi do piwnicy na klucz. Tak na wszelki wypadek, co by przypadkiem mojej matki nie doprowadził jakiś kocur do zawału. Wróciłem do swojego wcześniejszego miejsca i ostatni raz spoglądając na stronę główną portalu informacyjnego wyłączyłem komputer. Przez ostatnie dwa lata nie mogłem liczyć na spokojny sen, a teraz gdy wreszcie jestem w domu, mogłem się spokojnie położyć i spać ile mi się żywnie podoba.
Jakoś idzie
24 Styczeń 2012
Witam ponownie. Od założenia bloga dwa dni temu, minęło wystarczająco dużo czasu, aby w liczniku na samym dole pojawiła się magiczna liczba wyświetleń 500. Bardzo mnie cieszy ten fakt, a także opinie, które dostaje np. na facebooku czy gadu-gadu, ale od tego macie również komentarze, jak Wy zaczniecie komentować, to przypadkowe osoby, które tu wejdą również napiszą coś od siebie. Miłe też jest, jak ktoś się mnie spyta, kiedy nowy wpis. To bardzo motywuje i mobilizuje do pracy. Zatem po tym krótkim wpisie „dziękczynnym” zapowiadam, że około godziny 14-15 powinniście mieć nowy kawałek tekstu do przeczytania. Komentujcie i wysyłajcie znajomym!
Pozdro!
Ciche oczekiwanie – I
23 Styczeń 2012
Ciche oczekiwanie
I
17 stycznia 2012, 20:52, droga krajowa nr 79
Znużony długą podróżą wciąż jadę. Korki przy wyjeździe z Okęcia nie były żadnym zaskoczeniem, ale to ile musiałem czekać na rondzie w Górze Kalwarii było tragedią. Całe wydarzenie potęguje fakt objazdu w Konstancinie. To co się dzieję w tym kraju to przesada. Jeszcze nie byłem w wojsku, a już były problemy i korki na tej drodze. Nigdy się nie spotkałem z tym, aby nie było robót na odcinku Warszawa – Kozienice, a i tak wyboje jak były – tak są.
-No nareszcie! – odetchnąłem z ulgą.
Ku moim oczom ukazały się jakże pamiętane mi z każdego okresu mojego życia kominy Elektrowni Kozienice, świecące czerwone obwódki i gęsty dym wydobywający się z kominów to oznaka że jestem już blisko, ale nie najbliżej. Jeszcze tylko dziesięć kilometrów i będę w domu.
Kolejne dwie minuty podróży minęły szybko, widok na znajome okolice przypominał mi dzieciństwo, jazdy na rowerze, desce, skuterach. Parę złamań i skręceń. Lekko wzruszony zwolniłem, mimo otwartej przestrzeni i braku zagrożenia wyskakujących z lasu zwierząt trzeba było uważać. Dawno, bo w 1998 roku zginął tu mój przyjaciel. Co prawda nie byłem przy tym wydarzeniu, ale relacja od pracującego wtedy w policji wujka była wystarczająca, abym zawsze to miejsce miał na uwadze przy jeździe. Niestety zaczęło padać, a widoczność stała na poziomie bliskim zeru. Zwolniłem jeszcze bardziej. Wszystko wskazywało na to iż dojadę do domu bez przeszkód. Tak też myślałem. Aż nagle błysk. Hamulec przyciśnięty najmocniej jak to tylko możliwe. Wpadłem w poślizg. Co prawda, lubiłem w przeszłości driftować, ale teraz nie był to czas i miejsce. Wyhamowałem metr, może półtora od krawędzi rowu. Wysiadłem. Ku moim oczom ukazała się sylwetka kobiety. Nie za wysoka, może metr sześćdziesiąt pięć. Mokre blond włosy, ciemnoniebieska poliestrowa kurtka, lateksowe leginsy, buty na obcasie, a do tego latarka. Na pierwszy rzut oka każdy zapewne stwierdziłby że to prostytutka, ale żadna osoba w tym fachu, chyba nie szukałaby klienta w czasie takiej pogody. Nie myślałem długo co powiedzieć, byłem wściekły, impulsywnie na język przyszły aby słowa:
-Co Ty, kurwa, głupia jesteś? – wulgarnie wrzasnąłem w jej kierunku. -Mogłem i Ciebie i siebie zabić. Co tu robisz i kim do cholery jesteś?
Kobieta spojrzała na mnie złowieszczym, pełnym zaniepokojenia wzrokiem. Patrzyła i chyba myślała co odpowiedzieć. W pewnym momencie przeraziłem się i chciałem przeprosić za moją impulsywność, ale nie było już czasu, dziewczyna po krótkiej chwili rozpoczęła wytłumaczenia.
-Uciekam. Uciekam z tego kraju jak najdalej. – ciągnęła, mając w głosie pewnego rodzaju strach i przerażenie, nie wiedziałem całkowicie o co jej chodzi. -W domu zrozumiesz, że czas się kończy.
Uciekła. Pobiegła dalej w głąb pola i zniknęła z moich oczu w leśnym gąszczu. Ciekawe. O co jej chodziło? Wariatka jakaś. Wsiadłem do samochodu i jechałem dalej. Kolejne pięć minut nim dojechałem minęło strasznie szybko. Wciąż myślałem na temat słów tej kobiety, aż wreszcie po dwóch latach znów ujrzałem biały napis, na zielonym tle – Kozienice.
-Wreszcie w domu. – westchnąłem.
Prolog – I
22 Styczeń 2012
Ostatni ratunek
15 stycznia 2012, 21:37, Bruksela
Stąpając niepewnymi krokami dookoła sporego pokoju, na którego środku stał długi stół, a wokół 15 krzeseł, a na nich siedzący Ci, od których zależała sytuacja w najbliższych latach na świecie, chodził i myślał nad tym co będzie. Wysoki, dosyć szczupły mężczyzna, na oko nie mający więcej niż 60 lat. Ciemny blond na głowie, gdzieniegdzie siwiejący. Drogi garnitur, najpewniej jakiś włoski, błękitny krawat widoczny spod niezapiętej do końca marynarki, nieco przykrótkie spodnie. Pot spływał mu po czole, a w jego głosie było słychać całe tony niezdecydowania, ale nic dziwnego – facet zastanawiał się nad swoim losem. Konsekwencje mogły być ogromne. Po długiej ciszy odpowiedział:
-Czy to aby na pewno właściwe rozwiązanie? – ciągnął niepewny, zmieszany mężczyzna – Lud może się burzyć.
Właściwie nie może. Musi. Tylko co innego uczynić, gdy losy własnej posady i portfela są w zagrożeniu? Człowiek, który jest rządny władzy, musi ją prowadzić dalej. Uczynić ją absolutną. Gdy wszystkie inne środki zawodzą, trzeba sięgnąć po celów ostatecznych.
-To już Twoja decyzja. – powiedział stojący w centralnej części pomieszczenia mężczyzna. -Do dwudziestego szóstego musisz zadecydować. Później będzie ciężko.
Słowa wypowiedziane przez czołową postać tego całego zamieszania – zdecydowanie najwyższego i najlepiej zbudowanego człowieka w tym pokoju – zasiały zdekoncentrowanie w głowach innych uczestników spotkania. Mężczyzna ten, mimo swojej łysiejącej głowy nie sprawiał wrażenia starego, ubrany w mundur wojskowy wyglądał na groźnego. Takim też był.
-Wszyscy dobrze wiedzą, jaka jest Twoja sytuacja. – mówił, spoglądając stanowczo na swojego rozmówcę. – Dobrze wiesz, że to musi być pierwszy krok do przywrócenia starego stanu rzeczy.
-Wygląda na to, że muszę się zgodzić. – mówił ze zrzuconym już ciężarem.
Ulżyło mu. Wiedział, że nie jest to najlepsze rozwiązanie i można by do tego dojść całkiem innymi środkami, pośrednimi, ciągnącymi się przez dłuższy czas, ale jednak teraz była okazja, by stało się to od razu.
-Zatem jedna sprawa za nami. – słychać było już spokój w jego głosie, jakby wiedział, że dobrze postąpił. – Tylko jak już to wprowadzimy, to co dalej?
-Wszystko stanie się samo, we właściwym czasie.
On to wiedział, tak samo wszyscy obecni w tym pokoju, wielkie osoby, od których działań w najbliższym czasie będą zależały losy świata.
-Tak więc wszystko ustalone. Czas kończyć. Jak mniemam widzimy się wszyscy za 11 dni w Tokio?
Wszyscy jednocześnie kiwnęli głowami i wyszli, ciszę w korytarzu przerwał huk zamykanych, ciężkich, metalowych drzwi.
Z czym to zjem
22 Styczeń 2012
Witam. Zapewne ciekawi was, co tu robicie i co ja będę tu robił. Otóż poruszony ostatnimi sprawami internetu postanowiłem napisać coś w stylu książki, którą będę się starał na bieżąco zamieszczać na tym właśnie blogu. Zapewne będzie to jakiś krótki rozdział, który właśnie napisałem. Wiem jak wielkie są odczucia i nadzieje, gdy się czyta książkę. Najgorsze jak wciągnie, wtedy czekanie na następny rozdział będzie katorgą i mam nadzieję, że osiągnę to wciągnięcie i podbudowany waszymi komentarzami oraz opiniami będę starał się pisać to. Jeżeli w ogóle mój pomysł nie umrze na słomianym zapale :>
No cóż. Pozdrawiam i zachęcam do przeczytania już pierwszego rozdziału, a dokładniej prologu