Archiwum dla Luty, 2012
Gra wstępna – III
11 Luty 2012
III
20 stycznia 2012, 2:50, Alpy
Lecieliśmy już ponad godzinę. Dużo czasu zajęły nam rozmowy i konkretniejsze zapoznawanie się z planem. Każdy z nas kilka razy sprawdził broń, czy wszystko działa i się nie zacina. Naszym oczom ukazał się obraz zamglonego jeziora, kilkaset metrów dalej widać było jakieś światła. Jesteśmy. Diego powoli zleciał na dół i zeszliśmy na ląd. Marsz. Około dwieście metrów. Szybki, pewny krok. Rozglądanie się. Wreszcie naszym oczom ukazał się dom. W zasięgu wzroku również przeciwnicy. Trzech. Dwóch z przodu, jeden z tyłu budynku. Lisicki udał się na wskazane wcześniej miejsce, a ja z Maćkiem i Javierem wskoczyliśmy w pobliskie krzaki. Zimno, wszędzie dużo śniegu. Noktowizory na oczach, rozglądanie się po całej okolicy. Kamil leżał już skupiony. Przyglądał się uważnie. Pierwsze zadanie należało do Javiera. Co prawda nie zrobi tego bez pomocy naszego strzelca, ale zrobi co się da. Nagle odgłos cichego strzału. Upadek gdzieś przed nami. Przeciwnik z tyłu budynku upadł. Hiszpan wykorzystując sytuację podbiegł w miejsce, gdzie leżał martwy przeciwnik. Był pod balkonem. Ciało nieco przysunął w swoją stronę. W chwilę później zza rogu wyszło dwóch innych strażników. Jednak nie wiedzieli oni, że rywalizują ze specjalistami. Javier zawsze w takich sytuacjach miał w ręku pistolet. Strzał w kierunku jednego z nich i w tym samym momencie wystrzał z naprzeciwka. Dwa strzały, dwie ofiary. Tym razem również Lisicki się nie mylił. Nie mógł. Tak wiele od niego zależało, że to nie było możliwe teraz. Wraz z majorem udałem się szybko w stronę przodu mieszkania. Ja z jednej, on z drugiej strony drzwi frontowych. Nasz latynoski przyjaciel wdrapał się na balkon. Światło w pokoju z zasilaniem było zapalone. W środku jeden przeciwnik. Odwrócony w drugą stronę, a okno otwarte. Wyjął zawleczkę od granatu dymnego i cichym ruchem położył go na biurku, które było bezpośrednio pod oknem wewnątrz. Gęsty dym rozprzestrzenił się po całym pomieszczeniu, ale ochroniarz nawet tego nie zauważył. Nóż wbił mu się w krtań i lekko położony na ziemię zapadł w wieczny sen. Dopadł do zasilania. Dużo przełączników zostało przesuniętych w stronę napisu „OFF”. Zapadła ciemność. Wpadliśmy szybko przez frontowe drzwi. Nawet jeśli przeciwnik się nas spodziewał, to pewnie zaskoczył go fakt, że przyszliśmy frontem i to bez pukania. Pewnie czekał aż grzecznie zapukamy i spytamy, czy możemy odebrać tajne dane naszego kochanego premiera. Tak. Na pewno tak myślał. W korytarzu ciemno i bez wrogów. Następne drzwi prowadziły do wielkiego salonu ze schodami. Wiedzieliśmy, że ktoś tam jest. Lekko uchyliliśmy drzwi, błysk w środku i wchodzimy. Karnicki świetnie wiedział jak rzucać błyskowe. Schowaliśmy się za jednym z biurek. Po szybkim, strategicznym obmyśleniu planu działania i zlokalizowaniu przeciwników udałem się nieco dalej, pod okno. Tam stał stół, który po chwili już leżał i stanowił osłonę. Usłyszałem huk. Ech ten Maciek. On nigdy z tego nie wyrośnie, zawsze gdy coś się dzieje on nie może się powstrzymać. Rzuca odłamkowymi na lewo i na prawo. To jego żywioł. Nie widziałem gdzie dokładnie rzucił, ale po chwili obok mnie wylądowało coś. Nawet nie coś, a dokładnie wiedziałem co to – czyjaś ręka. Oby nie Karnickiego. Wyjrzałem zza osłony i rozpocząłem ostrzał z mojej mp5. W całym pomieszczeniu poza mną, było pięciu przeciwników. Trzech na parterze, dwóch na piętrze. Granat narobił nieco zniszczeń w podłodze na piętrze. Martwy leżał jeden, a raczej jego resztki. Chyba dostał przesyłkę specjalną prosto pod nogi. Czasu nie mieliśmy długo, bo pewnie ktoś już poszedł przywrócić zasilanie. Jego brak spowodował wiele zamieszania i zdekoncentrował naszych przeciwników. Oddałem dwa strzały. Druga postać na górze lekko się zachwiała, trafiłem w ramię, a drugi pocisk przeleciał obok. Kolejne trzy strzały. Jeden w drugie z ramion, następny przeleciał obok. Trzeci. Trzeci się nie mylił. Prosto w serce. Dla bezpieczeństwa poszły kolejne cztery strzały. Wszystkie tym razem trafiły. Maciek, jak już zdążyłem zauważyć zabił jednego z trzech przeciwników na parterze. Wstałem i oddałem dziesięć strzałów. Pierwsze trzy trafiły w nogi jednego z przeciwników, kolejne dwa były niecelne. Trzy następne trafiły w pierś drugiego z przeciwników, ale dwa ostatnie strzały. To była definicja celności. Jedna kula trafiła w policzek, a druga prosto między oczy. Upadł od razu. Maciek stanął nad leżącym przeciwnikiem, tym który dostał w nogi i oddał strzał prosto w głowę. Czysto. Wskazałem ręką kierunek w który musieliśmy się udać. Po lewej schody na dół, a przed nami na górę. Weszliśmy po schodach. Udaliśmy się tam w celu znalezienia niezbędnych nam komputerów. Przez radio skontaktowaliśmy się z Javierem. Powiedział, że znajduje się wciąż w pokoju z zasilaniem i obok chyba jest nasz cel. Weszliśmy na górę. Dwie drogi – prosto i w lewo. Karnicki poszedł prosto, a ja skręciłem w lewo. Na ścieżce trójka drzwi. Jedne po lewej i dwoje po prawej. Zacząłem od pierwszych po prawej. Pusto. Jedno łóżko, biurko, dwa fotele i telewizor na ścianie. Nic co by mi było potrzebne. A może jednak. Nie zauważyłem wcześniej barku stojącego w prawym rogu pomieszczenia. To co zobaczyłem, gdy go otworzyłem trochę mnie podnieciło. Odruch z młodości. Tyle alkoholu co tam było to jeszcze nie widziałem. Jak widać nasz wspaniały premier Tuwalski jest alkoholikiem, albo jakimś degustatorem. W popielniczce stylizowanej na egipską leżały pety po papierosach. Obok paczka Marlboro i zapalniczka na benzynę. A co mi tam. Wezmę. Warto będzie mieć coś na odstresowanie po misji. Wyszedłem i udałem się do drzwi po lewej. Przez radio usłyszałem głos Maćka:
-Mam Javiera. -powiedział zdyszanym głosem. – Idziemy do Ciebie.
-Przyjąłem, bez odbioru.
Otworzyłem drzwi po lewej. Też nic. Mały schowek. Kilka mopów, szczotek, szmat, płynów i innych chemikaliów. Ciekawe kto tu sprząta. Nagle usłyszałem dźwięk odblokowania pistoletu. Czułem na całym ciele, że wyraźnie ktoś we mnie mierzy. Nie odwracałem się, ale po chwili usłyszałem głos nieznajomego.
-Widzę, że ktoś nieproszony narobił tu bałaganu. -powiedział. -Może wypadałoby posprzątać?
Kątem oka go dojrzałem, wysoki, dobrze zbudowany, reszta była ciężka do opisania, bo mimo noktowizora na oczach niewiele widziałem, a w dodatku był w dziwnym kombinezonie. Impulsywnie kopnąłem go nogą w krocze nie odwracając się. Następnie prawą nogą uderzyłem tym samym obracając się w lewo. Dostał w twarz. Upadając trafił mnie chyba nogą w ręką, a przez to z ręki wyleciał mój pistolet. Przeciwnik padł na ziemię, lecz już po chwili był w pozycji siedzącej. Od razu pobiegłem po broń, lecz nim dobiegłem usłyszałem strzał. Całe moje życie przeleciało mi przed oczami. Amelia, Diana, brat, tata, mama, koledzy ze szkoły, generał. Pierwszy pocałunek, pierwszy seks, pierwszy alkohol, pierwszy papieros. Pierwsza misja, pierwsza rana i pierwszy zabity człowiek. Zobaczyłem całe moje życie.
Gra wstępna – II
6 Luty 2012
II
19 stycznia 2012, 22:43, Warszawa
-O Boże! -krzyknąłem, ale cicho.
Sen. To był tylko zwykły sen. Nic poważnego. Sny się na ogół nie sprawdzają. Tym bardziej, że ten był raczej niemożliwy. W najbliższym czasie nie zamierzam raczej udawać się do Brazylii. Spałem ponad trzy i pół godziny. Nie jest źle. Da się przeżyć. Amelia czytała w drugim pokoju książke. Bodajże „Sagę o ludziach lodu”, ale nie byłem w stanie dostrzec. Spojrzała się na mnie, ale nic nie powiedziała. Tylko się uśmiechnęła. Tak po prostu. Udałem się do łazienki, aby wziąć kąpiel, a raczej – szybki, zimny prysznic. Zawsze najbardziej pobudzała mnie zimna woda. Napoje energetyczne, albo kawa zwykle powodowały że robiłem się senny. Dlatego teraz, gdy energia mi była potrzebna musiałem się rozbudzić już na starcie. Po prysznicu spakowałem się, przejrzałem czy niczego nie zostawiłem . Postanowiłem się jeszcze pożegnać z Amelią. Wszedłem do jej pokoju, już w kurtce, ale bez butów. Spojrzała na mnie z uśmiechem, chyba chciała coś powiedzieć, ale nie dałem jej dojść do słowa.
-No to ja już chyba będę leciał.
-Dobrze, ale mam nadzieję, że w najbliższym czasie jeszcze wpadniesz.
Jeśli wszystko dobrze pójdzie będę tu co chwilę nocował. Może nawet adres zamieszkania zmienię. Pomachałem ręką na pożegnanie i wyszedłem. Na dworze ciemno, ale na szczęście sucho. Usiadłem za kierownicą i wyjechałem. Piątek wieczór. Korki. Masa ludzi na ulicach – po prostu – nocne życie. Trochę byłem głodny, jednak ku mojej radości po drodze natknąłem się na całodobową budkę z kebabem, która była już przy samym wyjeździe z Warszawy. Zjadłem ze smakiem, a następnie ruszyłem dalej. Już było po północy, a więc trochę czasu jeszcze miałem. Jechałem przez las, ciemno, lekka mgła. Nauczkę już jedną miałem, gdy jechałem do Kozienic. Niektóre miejsca poznawałem i wiedziałem gdzie może coś wyskoczyć. Kiedyś wujek skasował tu cały samochód, gdy sarna mu wyskoczyła – jemu na szczęście nic się nie stało, ale samochód nadawał się tylko na złom. Powoli dojeżdżałem, znajome budynki i duży komin po lewej. Wreszcie po prawej wjazd na miejsce. Piętnaście minut przed pierwszą. Dobrze, że wcześniej wyjechałem, bo jednak korki mi trochę czasu zajęły. Na miejscu dojrzałem element, którego tu nigdy wcześniej nie było – helikopter. Nie był to żaden z tych, który jakiekolwiek polskie jednostki miały w posiadaniu. Wszedłem do magazynu, drzwi było o dziwo otwarte na oścież. Przy stole pojawiły się zarówno znajome twarze, jak i te, które widziałem jedynie na zdjęciach. Karnicki, Garaś, Lisicki i czwórka nieznajomych, a dokładniej „znajomych” z Hiszpanii. Jeden rzucił się w oczy, miał maskę, ale zdjętą, po prostu leżała na głowie jak okulary. To zapewne Andres. Na stole leżała mapa zakreślona w niektórych miejscach czerwonym markerem. Zostałem przywitany, spojrzeniem, ale również podaniem rąk.
-Cześć. -zabrzmiał polski, z bardzo śmiesznym hiszpańskim akcentem.
To był Javier. Jak się okazało, Javier jest w połowie Polakiem, a jego matka urodziła się i wychowywała w Gdańsku. Właściwie to dobrze. Będzie osobą odpowiedzialną za kontakt w naszej grupie. Odwróciłem się i zobaczyłem dwie postacie wchodzące do pokoju. Górski i Pawłowski. Obaj pracowali w tej samej branży. Jeden był celnikiem na lotnisku, zaś drugi był stewardem. O dziwo, mogli się tu przydać, obaj nieco znali hiszpańskiego i pomogą w komunikacji z Garasiem temu, kto tu zostaje. A ze wstępnych planów miał być to Diego i Miguel. Zacząłem słuchać monologu majora Karnickiego.
-Tu, w tym miejscu zostaniemy wysadzeni. -pokazał palcem mapę w miejscu zaznaczonym czerwonym kółkiem i literką A. -Następnie, ja, Javier i Daniel przejdziemy tutaj, a Lisicki tu.-przesuwał palcem po mapie, na której zostały ukazane następne miejsca oznaczone literami B i C. -Gdy operacja się rozpocznie, Javier przejdzie do jednej z rynien i po niej wdrapie się na górę. Stamtąd wejdzie do pokoju sterownia i odetnie prąd.
-Skoro odetnie prąd, to jak będą działały komputery? -powiedział generał.
-Komputery mają oddzielne zasilanie, które znajduje się w piwnicy. Lisicki, będąc na pozycji będzie wysłuchiwał naszych poleceń i dostrzeżeń. Wszyscy oczywiście akcję przeprowadzimy w noktowizorach. Gdy już Javier odetnie prąd, a Lisicki, załatwi tych, którzy stoją nam na drodze. W budynku będzie już ciemno, więc może sięganie po najwyższe środki, nie będzie aż tak potrzebne. Aczkolwiek brak prądu wywoła konsternacje. A ochrony jest około dziesięciu, może dwunastu chłopa.
-Główne zadanie? -zapytał Garaś.
-Jak już wiadomo komputery, a dokładniej to co na nich jest. Wszystkie dokumenty, plany, cokolwiek podejrzanego na komputerze premiera.
-Plan ewakuacji?
-Dwie możliwości. Jedna to przejście na drugą stronę jeziora, z tego co wiemy, nie jest zamarznięte więc albo pieszo dookoła, albo jedną z motorówek Tuwalskiego, które stoją w jego przystani nad jeziorem. -pokazał palcem na mapie punkt oznaczony literami E i F.
-A druga? -wtrąciłem się.
-Bardziej ekstremalna. Gdy nie będzie czasu i trzeba będzie szybko reagować jest dach. Wbiegamy szybko na górę, a Diego po nas przylatuje.
-A gdzie będzie zanim przyleci?
-Może od góry obserwować, albo gdzieś czekać. Zawsze jest możliwość że będzie nam potrzebna jego pomoc w walce.
-To znaczy?
-Ostrzał budynku, jeśli okaże się, że sami nie damy rady.
Ciekawe. Może być bez dużej ilości ofiar, a może też być teksańska masakra. W tym przypadku hiszpańsko-polska. Wszyscy spojrzeli na Karnickiego.
-No więc to chyba na tyle. Jest już wpół do drugiej. Panie Generale, mówił Pan o wyposażeniu, co zatem dostaniemy?
Garaś machnął ręką abyśmy poszli za nim. W małym pomieszczeniu do którego wchodziło się bezpośrednio z magazynu było nieco sprzętu.
-Każdy dostanie pistolet maszynowy MP5SD6, pistolet M9 z tłumikiem, do tego po dwa granaty błyskowe i dymne.
-A odłamkowe? -zapytał Javier.
-Zastanawiałem się nad tym i pomyślałem, że to będzie zbędne. A Ty majorze, jak uważasz?
-Myślę, że przynajmniej po jednym przydałoby się mieć. -odparł Karnicki.
-Skoro tak to dlaczego nie. Lisicki dostanie dodatkowo SWD Dragunowa.
-A właśnie, zapomnieliśmy. Jak Lisickiego ewakuujemy? -zapytałem.
Karnicki spojrzał na mnie, następnie na Lisickiego, po czym złapał się za głowę.
-No tak. To zależy od naszej ewakuacji. Jeżeli będzie to pierwszy rodzaj ewakuacji to wtedy dojdzie do nas i razem udamy się do miejsca ewakuacji. Zaś jeśli będziemy korzystać z dachu to Kamil uda się w pełnym biegu w kierunku domu. Gdy nam się uda wyeliminować wszystkich to już wcześniej zawiadomimy Cię, a Ty będziesz miał więcej czasu dojść do nas.
-Dobra panowie. Łapcie sprzęt i trzeba się zbierać. Macie trzy minuty do odlotu. -rzekł generał Garaś.
Szybko założyłem co potrzeba. Oczywiście generał zapomniał wspomnieć, że ma również dla nas noktowizory, kamizelki kuloodporne i kominiarki, ale to była podstawa o której każdy wie i o której nie trzeba wspominać. O dziwo, okazało się, że razem z nami poleci Andres, który początkowo miał zostać z Miguelem w magazynie. Wsiedliśmy do helikoptera i parę chwil później z naszych oczu zniknął obraz magazynu.
Gra wstępna – I
4 Luty 2012
Gra Wstępna
I
2 luty 2012, 12:15, Sao Paulo
Leżałem na dachu domu, który stał przy jednej z wielu niewielkich ulic w Sao Paulo. Skupiony obserwowałem przez lornetkę budynek, niczym charakterystycznym się nie wyróżniający ponad inne. Właściwie to wszystkie budowle w brazylijskich fawelach wyglądają tak samo. Biedę w tych dzielnicach widać gołym okiem, nie trzeba się dopatrywać. Brak szyb w oknach, nie wszędzie były drzwi. Mokre ubrania wiszące na czym się dało. Jednak ten budynek miał w sobie coś innego. Nie było tego widać, ale to się czuło. Patrząc na niego, ciarki przechodziły po całym ciele. Bacznie patrzyłem i wyczekiwałem.
-Wreszcie -westchnąłem.
Z budynku wyszedł latynoski mężczyzna. Ponad dwa metry wzrostu, bezrękawnik i krótkie spodenki. Nie wyróżniał się za bardzo z tłumu. Jednak tkwiło w nim coś przeraźliwego. Wsiadł na motor, który stał obok domu. Fakt posiadania pojazdu, już stanowił rzecz, która odróżniała owego człowieka od reszty ludzi żyjących w slumsach. Odjechał. Nie wiem na ile, ale to się teraz nie liczyło. Całe szczęście dom na którym byłem nie był wysoki, a obok stała góra piachu. Szybko zeskoczyłem na nią po czym udałem się do obserwowanego wcześniej budynku. Czysto. Nikogo nie ma, żadnych urządzeń ochrony również brak. W pokoju, na ścianie, jeden mały rysunek. Malowany przez dziecko. Było widać na pierwszy rzut oka. Dwie postacie – mała dziewczynka, zapewne córka i wysoki mężczyzna – jej ojciec. Na dole był tylko mały napis niebieską kredką po portugalsku, brzmiał „para o pai”. Z tego co pamiętałem znaczy to „dla taty”. Ledwo co mogłem się rozczytać, ale to akurat nie było ważne w tym momencie. Odkleiłem obrazek od ściany. Dziura, za łatwe jak na tajemną skrytkę. Włożyłem rękę. Nic, nic, nic. I nagle. Poczułem coś metalowego. Klucz. Jednak to nie było to czego szukałem. Tak więc teraz muszę szukać zamka. Chodziłem, rozglądałem się po domu. Ciągle nic. Stał tam również stary fotel. Usiadłem by odpocząć. Co prawda nie mogłem za długo, ale chwila skupienia była potrzebna. Gdy siedziałem, poczułem, że coś jest nie tak. Jakby podłoga się kołysała. Wstałem i odsunąłem fotel.
-Mam Cię. -powiedziałem.
Pod fotelem było zamknięte na kłódkę przejście. Otworzyłem je znalezionym wcześniej kluczem, a następnie drabiną zszedłem na dół. Było ciemno, musiałem zapalić latarkę, którą miałem za pasem. Trochę poświeciłem i znalazłem włącznik. Właściwie nic tam nie było. Stary piecyk, stół z narzędziami, stare krzesło, mała żarówka i jakaś metalowa przykrywka na ścianie. Właśnie. Przykrywka. Dopadłem do niej, ale niestety – była zamknięta, również na klucz. Długo przepatrywałem stół z narzędziami, podłogę, wszystko dookoła. Przy piecyku również nie było nic ciekawego, a czasu miałem coraz mniej. Otworzyłem piecyk, co prawda to możliwie głupie rozwiązanie chować coś w czymś, co właściwie jest nieobliczalne. Przecież to może wybuchnąć. W środku piecyka dojrzałem coś dzięki czemu mogłem osiągnąć cel. Cztery śrubki przykręcały małą blaszkę do ścianki. Szybko dorwałem śrubokręt ze stołu po drugiej stronie pokoju i wziąłem się za odkręcanie owej blaszki. Ciężko było dojrzeć, ale w końcu zobaczyłem – malutki kluczyk, wielkości identycznej jak te które strzegły dostępu do pamiętników małych dzieci. Doszedłem do skrytki i włożyłem kluczyk. Pasował. Po otworzeniu moim oczom ukazał się mały, niebieski pendrive. To jest właśnie to, po co tu jestem. Szybko wyszedłem na górę, nawet nie sprzątając po sobie. Gdy wszedłem już na górę otrzepałem się z kurzu. A właściwie to otrzepywałem. Nie zdążyłem dokończyć. W moich uszach zabrzmiał strzał i upadłem pierw na kolana, a następnie cały na podłogę. Cała podłoga zaczęła pływać we krwi.
Ciche oczekiwanie – X
2 Luty 2012
X
19 stycznia 2012, 14:08, Warszawa
Kolejny dzień, miał być również spokojny. Po obudzeniu się o dziwo nie miałem żadnych problemów typu ból wątroby czy głowy. Owszem, nieco suszyło w gardle, ale było to do przeżycia. W powietrzu unosił się apetyczny zapach. Wyszedłem spokoju i od razu wszedłem do kuchni. Stała i smażyła na patelni śniadanie. Może potrawa bardzo popularna na śniadanie, ale jednak dobra. Smażony boczek to jest to, co niezależnie od pory dnia i nocy mogłem jeść zawsze. Nawet o czwartej nad ranem. Gdy na nią spojrzałem łatwo wywnioskowałem że nie wstała zbyt dawno temu. Choć mimo wszystko, zauważyłem że niektóre piękne kobiety, mają to do siebie, że nawet po śnie w najgorszej pozycji nie wyglądają jak ja. Zawsze mają ładne, ułożone włosy, które zwykle u mnie po obudzeniu przekrzywiają się w różne strony, tworząc tym samym różne fale na mojej głowie. Usłyszała chyba moje kroki, bo się odwróciła. Uśmiechnęła się jedynie, ale nic nie mówiła. Miałem się jej zapytać czy by nie pomóc, ale nie zdążyłem, bo przede mną już leżał talerz i stał kubek z kawą. Rozpuszczalną. Czarnej nigdy nie piłem i nie miałem zamiaru. Z wczorajszej rozmowy dowiedziałem się między innymi, że Amelia jest absolwentką Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, a obecnie jest na stażu w Szpitalu Bielańskim. Dziwiło mnie trochę, że w czwartek – dzień roboczy jest w domu.
-Właściwie to dlaczego w domu jesteś? -zabrzmiało to tak, jakby mi przeszkadzała jej obecność.
-Wolne w pracy, wiedziałam, że Twoja wizyta nie pozwoli mi wstać za wcześnie. -uśmiechała się, jak zawsze.
No tak, po co komuś w pracy ktoś kto nie pracuje tak jak powinien. Tak samo pracowałyby szympansy. Ze smakiem zjadłem to co zostało mi zaserwowane pod nos. Po śniadaniu, a raczej pierwszym posiłku musiałem znaleźć zajęcie na resztę dnia. Coś relaksującego. Tylko co? Nic ciekawego w dziedzinie sportu się nie miało miejsca. Koncertów brak. Niby ferie są, ale nic ciekawego się nie dzieje. Teraz ferie dla młodych to granie na komputerze lub picie alkoholu. Całe szczęście, gdy ja byłem w ich wieku panowały całkiem inne priorytety. Owszem, piło się alkohol, ale nie był to powód do chwalenia się innym i robienia tego pod publikę. Komputery jeszcze nie były aż tak powszechne, choć zawsze było coś elektronicznego do grania w domu. Wolałem jednak iść na sanki, lepić bałwana, iglo, lub po prostu porzucać się śnieżkami i poturlać w zaspach. Chyba już wiedziałem co będę robił. Basen i sauna to świetne, relaksujące rozwiązanie, a następnie w późne popołudnie drzemka, dzięki czemu na akcję będę rześki i wypoczęty. Ku mojemu zdziwieniu, Amelia stwierdziła, że idzie ze mną. Rzadko mogę się spotkać z czymś takim, nigdy nie byłem z nią na basenie, nie wiem czy się wstydziła, bo szczerze – nie miała czego. Może po prostu bała się, że w napływie impulsu głupoty postaram się jej zdjąć strój kąpielowy. Nic takiego nie miało miejsca tym razem, basen i sauna minęły szybko, zanim wróciłem do domu, a dokładniej „pokoju hotelowego” była już 19. Cztery godziny snu dobrze mi zrobią.
Szkoła, hołdy i cierpliwość
1 Luty 2012
Witam was ponownie, tym razem nie jako Daniel, lecz jako Norbert. Tak więc może od początku. Skończyły mi się ferie i ciężko mi jest coś wyskrobać. Do tego dochodzi rozgardiasz związany ze zdjęciami studniówkowymi po które to przychodzą do mego mieszkania maturzyści. W dodatku jeszcze masa jakichś prac i innych w szkole. Chciałbym podziękować również za wszystkie pochwały, które na mnie spływają w ostatnim czasie, zwłaszcza za rozdział 2.9. Dodatkowo prosiłbym o cierpliwość, gdyż nie mam po prostu czasu pisać, wiem co muszę napisać, ale nie mam czasu tego zrobić. Kończę powoli i wszystkich którzy jeszcze nie polubili mojego fanpage’a na facebooku odsyłam tutaj!
Pozdrawiam!
@Edit. Zapomniałem dodać, że dodatkową motywacją dla mnie, jest to, że rozdział 2.9 został dodany przez administratorów na stronę główną serwisu blog.pl – gdzie trafiają najciekawsze i najlepsze wpisy wszystkich blogów w owym serwisie