IX
18 stycznia 2012, 19:43, okolice Warszawy

Dojeżdżając powoli do magazynu zacząłem się zastanawiać co z nocą. W magazynie nie da się spać, a przydałoby się zakwaterowanie gdzieś bliżej. Do głowy przyszła mi od razu jedna osoba – Amelia. Była to moja najlepsza i chyba jedyna przyjaciółka z młodzieńczych lat. Niewysoka blondynka o ładnych, subtelnych kształtach i niebieskich oczach. Gdybym miał pisać autobiografię to zapewne o moich wspomnieniach z nią związanych byłoby najwięcej stron. Musiałem do niej zadzwonić, po przejrzeniu kontaktów w telefonie, okazało się, że nie mam jej numeru. Ktoś by powiedział – pech. Jednak pamięć czasem się przydaje. Tak było i tym razem. Szybko wklepałem z pamięci numer i przyłożyłem telefon do ucha w oczekiwaniu. Sygnał, sygnał i wreszcie…
-Słucham? -w słuchawce zabrzmiał głos. Głos, dzięki któremu ciarki mi przeszły po całym ciele. Nagle w ciągu ułamka sekundy przez moją głowę przeleciały setki wspomnień. Pierwszy alkohol, pierwsze pocałunki, szalone młodzieńcze lata. Z perspektywy czasu twierdzę, że byłem głupi, ale kiedyś inaczej na to patrzyłem. W tej sytuacji mam łatwe twierdzenie – nie żałuj niczego co kiedykolwiek wywołało na Twojej twarzy uśmiech. Po lekkiej chwili zapomnienia wróciłem głową do teraźniejszości i odpowiedziałem:
-Amelia? -wiedziałem, że to ona, ale zawsze jakoś trzeba zacząć.
-Daniel?! -w jej głosie znowu usłyszałem „to coś”, co miała w sobie gdy mówiła coś podniecającego. Miała jednak bujną fantazje. Nie poznałem jeszcze nikogo, kto by z takim podtekstem erotycznym mówił o… kisielu. Ech. Znowu „odleciałem”, mimo wszystko Amelia była osobą przy której trudno było się skupić.
-No tak. -rzuciłem. Ale nie mogłem nawet za dużo powiedzieć, bo w słuchawce znów usłyszałem lekki krzyk:
-O Boże! Daniel! Z półtora roku Cie nie widziałam! Co u Ciebie? -nie byłem pewny, ale w jej głosie słychać było podniecenie.
-Dobrze. Słuchaj, nie mogę za bardzo rozmawiać, ale mam prośbę. Przenocowałabyś mnie dzisiaj?
-No właściwie mogłabym. A co się dzieje?
-Opowiem Ci jak przyjadę. -rozłączyłem się. Po skręceniu w prawo moim oczom ukazał się wielki budynek, a w jego okolicy kilka równie dużych. Zaparkowałem obok czarnego Opla, który należał do Marcina Górskiego – jednego z wielu celników na Okęciu. Zamknąłem samochód już z pilota i zapukałem do wielkich metalowych drzwi. Odsunęło się małe okienko z którego wyglądał generał Garaś.
-Hasło? -zapytał.
To takie filmowe. Tajne hasła, na tajne spotkania, ale co prawda – przydawało to się. W końcu nie trudno znaleźć mojego sobowtóra, dzięki mojemu charakterystycznemu wyglądowi wiele osób po prostu mnie myli. Odpowiedziałem trzy wyrazowym zdaniem. Małe okienko zasunęło się i nagle usłyszałem dźwięk potężnego zamka. Przede mną ukazała się sylwetka generała Garasia. Wszedłem do środka. Na środku stał stół z masą zdjęć, papierów i ośmioma krzesłami wokół. Po lewej i prawej stronie było pełno kartonów i skrzynek. Niektóre z nich były otwarte i było widać magazynki, karabiny i granaty. Dochodząc do środka pokoju zauważyłem, że są prawie wszyscy. Brakowało jedynie Maćka Karnickiego – żołnierza, a zarazem członka agencji ochrony prezydenta. Wszyscy pozostali byli, siedzieli i czekali. Zbliżała się godzina dwudziesta. Wszyscy zajęli się prywatnymi rozmowami, gdy nagle zabrzmiało mocne pukanie. Garaś wstał i podszedł do drzwi. A jednak punktualny. Do magazynu wszedł, cały mokry, Maciek Karnicki. Uważnie przyglądając się sytuacji zauważyłem, że powiedział coś ważnego generałowi. Po usłyszeniu wiadomości mina naszego dowódcy nie była najlepsza. Podeszli do nas, po czym z ust Garasia padło zdanie:
-Major Karnicki ma nam coś ciekawego do powiedzenia. -słowa, które zapewne wstrząsnęły częścią moich towarzyszy siedzących obok. Mrocznej atmosferze towarzyszyło stukanie deszczu o szyby w dachu. Zdyszany żołnierz usiadł na chwilę, zaczął sapać, po czym wstał i zaczął mówić:
-Ciekawego to mało powiedziane. Dzisiaj byłem w pokoju prezydenckim, gdzie to usłyszałem rozkaz, który zapewne już wszyscy z was znają. -spojrzał na generała, a następnie przeleciał wzrokiem przez wszystkich obecnych. -Jeżeli jesteście dobrze poinformowani to zapewne wiecie, że nie omieszkałem tam zamontować pewnego dnia podsłuchu. -wyjął z kieszeni małego pendrive’a i machnął ręką w stronę Grześka Grobickiego – policjanta z Warszawy. Ten wyjął ze swojej torby laptopa i podał go Maćkowi, włączył go i włożył małe urządzenie z boku komputera. Parę razy uderzył w touchpada i powiedział:
-Posłuchajmy. -rzekł stojąc wręcz na baczność.
-T… wprowadz…y? Poczek… a…że… spot… nadzwyczaj… -nagranie było strasznie niewyraźne, szelesty, szumy i mocno zniekształcony głos, słychać było również lekko wyraźny śmiech. -Chyb… cza… na wejś… wło…zadzw…o…ego…późni… a tera… odź.
W całym pomieszczeniu zapadła cisza. Nikt nie wiedział co dokładnie powiedzieć, aż w końcu milczenie przerwał Józef Machniewski – członek GROMu.
-A więc co z tych szelestów można wywnioskować? -powiedział niski, szczupły, ale za to przebiegły facet.
-Prezydent z premierem chcą coś „wprowadzić”. -rzekł Karnicki. -Z naszych domysłów wynika, że chodzi o stan wojenny, a dokładniej „wyjątkowy”.
-Z jakiej racji chcą go niby wprowadzić? -zapytał Górski. -Przecież nie ma zagrożenia wojną.
-Ano właśnie i tu jest haczyk. Otóż 31 września 2011 roku prezydent Michał Kamiński podpisał ustawę na mocy której, śmiem zacytować: „Stan wyjątkowy może zostać wprowadzony w obliczu bezpośredniego zagrożenia w cyberprzestrzeni.”.
-Zagrożenia w cyberprzestrzeni. Czyli ataki hackerskie na strony rządowe już się w to wliczają? -dodałem zmieszany.
-Dokładnie. Ale w rzeczywistości to może być tylko przykrywka. Większość polityków nawet nie wchodzi na swoje strony. Rząd już od czasu ostatnich wyborów to wszystko planuje.
-To wszystko? -zapytał generał.
-Nie. Mamy informacje od naszych znajomych z wywiadu belgijskiego o tajnych spotkaniach w podziemiach budynków rządowych. Ponoć był tam nasz premier – Tuwalski.
Wielu z obserwatorów rozmowy patrzyło z lekkim zdziwieniem. O ile możliwe są spiski wewnątrz naszego kraju, o tyle nasi politycy rzadko włączali się w międzynarodowe spiski i umowy. Karnicki wyjął ze swojej torby kilka zdjęć.
-Wiem również, gdzie możemy się dowiedzieć co to za spisek. -podał generałowi jedno ze zdjęć. -To mały domek letniskowy, gdzie nieoficjalnie spotyka się nasz premier z politykami z innych krajów, którzy również nie chcą aby ktoś wiedział o owych spotkaniach. -ciągnął major. -Problem jest taki, że jest tam niezła ochrona i ciężko będzie wejść bez zauważenia i żadnych eliminacji.
-A skąd tam mamy się dowiedzieć o tym wszystkim niby? -zapytał Machniewski.
-Po pierwsze – komputer. Premier trzyma tam wszystko, każda data, godzina, nazwa, powód. Dosłownie wszystko jest tam, czego potrzeba. A gdyby jednak nie było – w piwnicy są szafy z aktami.
Generał Garaś stał zamyślony obserwując zdjęcia. Po chwili namysłu i przeglądu sali rzekł do majora Karnickiego:
-Potrzebna jest zatem jakaś operacja jak mniemam. Tak?
-Dokładnie.
-Ile osób obejmuje akcja wg Twojego planu, który jak mniemam posiadasz?
-Czterech na ziemi plus ktoś, kto by ich stamtąd odebrał po akcji. Domek leży w górach, obok niego jest co prawda małe jezioro, ale to nie raczej nie będzie kluczowym elementem.
Wstałem, rzuciłem okiem na mapę. Jezioro było racja – nie duże, ale koło 200-300m dało się przepłynąć. Spojrzałem w stronę Maćka i zapytałem:
-Czterech ludzi na lądzie powiadasz?
-Tak, z czego jeden snajper.
Wszystkie oczy w pomieszczeniu spojrzały w stronę Kamila Lisickiego. Kamil był snajperem, który służy w rządowych jednostkach antyterrorystycznych, karabin snajperski miał opanowany do perfekcji, więc nie był on dla niego żadną tajemnicą.
-Więc kto i kiedy? -spytał generał.
-Od nas będzie trzech. Lisicki, Wyszyński i ja będziemy się świetnie do tego nadawać.
-Zaraz, zaraz. Jak to „od nas”? W tej grze jest ktoś jeszcze?
Major Karnicki znowu sięgnął do torby, wyjął sylwetki czterech osób i położył na stole.
-Oto nasi współpracownicy. Javier – szpieg, cichy zabójca, świetnie obeznany w komputerach. -wskazał palcem na jedno ze zdjęć. Ten drugi tutaj to Miguel – hacker, który będzie nam pomagał z komputerami tutaj. Andres – zawsze ma na sobie dziwną maskę, jest typem od brudnej roboty, potrafi załatwić wszystko co potrzeba, wystarczy tylko trochę czasu, a w dodatku to lider ich grupy i ostatni to Diego – pilot helikoptera. Na akcje mieliby się udać z nami Javier i Diego.
Generał Garaś pokręcił nieco głową z przeładowania. Nie wiedział już o co w tym wszystkim chodzi. Może był za stary, ale teraz wiek był najmniejszym problemem.
-A ten domek to jak mniemam jest w Tatrach? -powiedział, ale chyba z przymusu co by coś powiedzieć.
-Nie. W Alpach.
-Więc kiedy mamy się przygotować i odlecieć? -zapytałem, nieco zaskoczony.
-20 stycznia, 1:15 – tutaj zbieramy się, a o 1:40 wylatujemy.
-Ile zajmie nasz lot?
-Dwie godziny, więc będzie dużo czasu zanim zrobi się widno.
Nasz dowódca złapał się za głowę, nie dlatego, że plan był zły, dlatego, że go po prostu bolała. Zaczął chodzić wokół stołu, długo trwała cisza, która zapanowała po ostatnich słowach Macieja. Po dość długim rozmyślaniu generał wreszcie westchnął po czym odpowiedział:
-Dobrze. Zgadzam się na to. Będę tu już o 1szej, by przygotować dla was sprzęt.
-Dziękujemy generale. -rzekł Karnicki po czym zasalutował.
-Zatem koniec spotkania. W razie konieczności będę dzwonił.
Założyłem płaszcz i szybkim krokiem wyszedłem z magazynu. Nie spoglądałem na to co robią inni. Na dworze wciąż strasznie lało, a widoczność była bardzo niska. Wsiadłem do samochodu i odjechałem. Droga do Warszawy, a dokładnie do mieszkania Amelii nie była daleka. Zaledwie dziesięć kilometrów, ale w tych warunkach niestety, ale trzeba uważać. Trasa minęła dosyć szybko i bez przeszkód. Nie wpadła mi pod koła żadna szalona kobieta, to chyba dobry znak. Nie łatwo było znaleźć miejsce parkingowe na tym osiedlu. Jednak mimo słabego oświetlenia udało mi się znaleźć miejsce obok czerwonego nissana. Założyłem kaptur i szybko wbiegłem do klatki, całe szczęście drzwi nie były zamknięte, więc nie było problemu moknięcia i dzwonienia domofonem. Wchodzenie po schodach akurat nigdy nie należało do moich ulubionych sportów, ale szybko dotarłem na trzecie piętro. Zapukałem. Raz, drugi, trzeci. Nic. Może śpi i zostawiła otwarte drzwi dla mnie, ale raczej nigdy tak nie robiła. Przekręciłem gałkę drzwi i wszedłem do środka. Po prawej w kuchni nic, w pokoju po lewej też nic. W łazience ciemno. Obok łazienki był jeszcze jeden pokój. Drzwi były przymknięte, ale widać było zapaloną lampkę. Lekko pchnąłem drzwi, wszedłem do pokoju i niestety też było pusto. Aż tu nagle poczułem ucisk na szyi. Mocne duszenie. Po chwili jednak ustało, odwróciłem się, a tam stała, w samej koszuli nocnej i majtkach ona – Amelia. Aż znowu poczułem skok i uścisk, tym razem normalny, bardziej powitalny niż mający na celu mnie udusić. Gdy tak stałem, z nią na rękach powiedziałem:
-Jeszcze raz coś takiego, a obiecuję. Nie ręczę za siebie.
-Już dobrze. -odpowiedziała. -Chodź do kuchni, napijemy się czegoś.
Zabrała po drodze ode mnie przemoczony płaszcz i powiesiła go. Torbę z rzeczami rzuciła na łózko w pokoju obok. Usiadłem na krześle stojącym przy małym stole, naprawdę niewielkim, bo zaledwie dwuosobowym. Amelia wyjęła z szafki dwie, dosyć duże szklanki, z lodówki cole, a z zamrażalnika kostki lodu i… Hmm… Tak, to był Ballantine’s. Dwunastoletni jak mniemam. Mówiąc napić myślałem bardziej o herbacie lub kawie, ale Amelia. Ona chyba nigdy z tego nie wyrośnie.
-A więc znowu chcesz mnie upić? -rzuciłem.
Nie bez powodu. Zdarzały się w przeszłości podobne sytuacje i ja, jako ten młodszy, mniej „doświadczony w boju” pierwszy odpadałem. Zresztą to nie dziwne. To właśnie ona była pierwszą osobą, która na tak zwanym „nielegalu” pierwszy raz poczęstowała mnie alkoholem. Wcześniej owszem, zdarzyło mi się wypić coś, ale to przy rodzinie, tam wychodzili z założenia, że lepiej napić się przy nich, niż pić po krzakach. Coś z tego jednak jest. Amelia siadła na krześle naprzeciwko mnie, subtelnie przeleciała wzrokiem po pomieszczeniu, a następnie po mojej twarzy, tym samym oblizując szklankę czubkiem języka. Po tym, jakby to nazwać – uwodzicielskim geście powiedziała:
-Może. Właściwie to tak. Dlaczego by nie? -w jej głosie słychać było dość wyraźne podniecenie całą sytuacją.
Nie wiem dlaczego, ale zawsze, gdy znalazłem się z nią w sytuacji sam na sam to moje serce wariowało. Dosłownie. Nie było to coś stałego, co łatwo by było poznać. Raz nawalało jak szalone, aż tak że w piersi czułem wbijające się od środka igły, a znowu innym razem całkiem nie było go czuć, jakby wyłączone. Długo jeszcze z nią siedziałem. Z biegiem czasu odczuwałem zawroty głowy, ale też duże zmęczenie o sobie przypominało. Nie patrzyłem już nawet co pije. Po jej opowiadaniach o tym, co się działo w ciągu ostatnich miesięcy usłyszałem pytanie. Pytanie na temat o którym nie wolno było mi mówić.
-A właściwie to co masz do roboty tu, w Warszawie? -zapytała. Od alkoholu jej twarz zrobiła się bardzo różowa i nie mówiła już tak płynnie.
Nie myślałem długo co odpowiedzieć. W sumie Amelii można było powiedzieć wszystko.
-Ustalanie zamachu o tle politycznym. -powiedziałem, ale z uśmiechem na twarzy.
Spojrzała na mnie dziwnym, niepewnym spojrzeniem. Po chwili dopiero przyjęła do wiadomości powagę z jaką mówiłem. Zaczęła się śmiać, ja zresztą też. Może i lepiej.
-A tak naprawdę? Po co przyjeżdżałeś?
-Zwykłe przygotowania wojskowe. Testy sprawnościowe w trudnych warunkach atmosferycznych jak deszcz, śnieg i mróz.
-I to wszystko będzie? Jutro już wracasz?
-Nie, w nocy z czwartku na piątek mamy ćwiczenia w terenie.
-A wracasz do mnie jeszcze na jedną noc? -odparła dziwnie się na mnie patrząc, nie wiedziałem co widzę w jej oczach, czy to nadzieja, czy prośba.
-Czas wszystko zweryfikuje. Pewności nie mam.
Popatrzyłem nieco na kuchnie w której się znajdowałem, ale nie należała ona do najciekawszych pomieszczeń na świecie. Zmęczenie już mocno dawało się we znaki, dlatego podniosłem się z krzesła. Wrażenie, że podłoga była nierówna zapewne wywołał alkohol. Odwróciłem się przez bark, po czym skupiłem wzrok na Amelii i zapytałem:
-To może pokażesz mi, gdzie mam spać?
-Jak to gdzie? Ze mną. -patrzyła mi prosto w oczy, a jej zmysłowe spojrzenie i podstępny uśmiech wywołały u mnie dreszcz i zjeżenie się włosów na rękach.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, bo szczerze – odpowiedź mnie zaskoczyła. Jednak po krótkiej chwili zauważyłem, że uśmiech z podstępnego zamienia się na żartobliwy. Odpowiedziałem lekkim uśmiechem, a następnie zacząłem się śmiać. Ona też. Tak już między nami bywało. Dziwne poczucie humoru, rozmowy z podtekstem seksualnym. Zwykle w ten sposób prezentował się czas beztroski. Przeszliśmy do pokoju. Spojrzałem na łózko, a raczej na kanapę. Amelia usiadła na fotelu i włączyła telewizor. Pościel była schowana w środku. Zanim wyciągnąłem i pościeliłem sobie miejsce do spania zobaczyłem, że usnęła. Spała na siedząco z niewygodnie ułożoną głową na własnym ramieniu. Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawała mi się strasznie słodka w czasie snu. Zdarzyło się nie raz, że widziałem jak śpi. Raz nawet na jednym z obozów w trakcie jazdy autokarem spała wtulona w moje ramie. Była wtedy strasznie bezradna, ale tym samym stawałem się strasznie słaby. Wiedziałem, że nie może tak spać, bo rano zapewne jej szyja będzie potrzebowała lekarza. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do drugiego pokoju. Kładąc ją na łóżku poczułem jej perfumy. Właściwie to nie wiem czy perfumy, zawsze tak samo pachniała. Zmysłowo. Ten zapach był dla mnie jak feromon, gdy go poczułem u innej kobiety, zawsze stawała się dla mnie atrakcyjniejsza. Przykryłem Amelie kołdrą. Kucnąłem obok łóżka. Znowu we mnie pojawiła się ta tęsknota. Dokładnie za przeszłością. Kiedyś wiele mnie łączyło z piękną postacią leżącą przede mną. Nawet wydawało mi się przez chwilę, że między nami może być coś niesamowitego, prawdziwe uczucie. Później jednak zrozumiałem, że sensu to nie ma. Chociaż jeszcze długi czas mieszało mi to w głowie. Teraz, ten przyjazd do niej chyba znowu namieszał mi w głowie. Na pewno nie był to najlepszy ruch, zwłaszcza przed tym co mnie czeka. Zamiast skupić się na misji będę znów rozmyślał o tym „co by było gdyby”. Nie miałem już siły dłużej patrzeć. Jeszcze kilka razy pogłaskałem ją po głowie, miło było poczuć jej delikatne włosy między palcami. Obejrzałem się za siebie, po czym pocałowałem ją w czoło i udałem się w stronę drugiego pokoju. Zanim wyszedłem stanąłem w progu i ostatni raz na nią zerknąłem. Uśmiechała się. Nie wiem dlaczego, może coś się jej śniło, a może wcale nie spała. Nie musiałem długo czekać żeby usnąć. W chwilę pogrążyłem się w krainę snu.