Archiwum dla Styczeń, 2012
Ciche oczekiwanie – IX
30 Styczeń 2012
IX
18 stycznia 2012, 19:43, okolice Warszawy
Dojeżdżając powoli do magazynu zacząłem się zastanawiać co z nocą. W magazynie nie da się spać, a przydałoby się zakwaterowanie gdzieś bliżej. Do głowy przyszła mi od razu jedna osoba – Amelia. Była to moja najlepsza i chyba jedyna przyjaciółka z młodzieńczych lat. Niewysoka blondynka o ładnych, subtelnych kształtach i niebieskich oczach. Gdybym miał pisać autobiografię to zapewne o moich wspomnieniach z nią związanych byłoby najwięcej stron. Musiałem do niej zadzwonić, po przejrzeniu kontaktów w telefonie, okazało się, że nie mam jej numeru. Ktoś by powiedział – pech. Jednak pamięć czasem się przydaje. Tak było i tym razem. Szybko wklepałem z pamięci numer i przyłożyłem telefon do ucha w oczekiwaniu. Sygnał, sygnał i wreszcie…
-Słucham? -w słuchawce zabrzmiał głos. Głos, dzięki któremu ciarki mi przeszły po całym ciele. Nagle w ciągu ułamka sekundy przez moją głowę przeleciały setki wspomnień. Pierwszy alkohol, pierwsze pocałunki, szalone młodzieńcze lata. Z perspektywy czasu twierdzę, że byłem głupi, ale kiedyś inaczej na to patrzyłem. W tej sytuacji mam łatwe twierdzenie – nie żałuj niczego co kiedykolwiek wywołało na Twojej twarzy uśmiech. Po lekkiej chwili zapomnienia wróciłem głową do teraźniejszości i odpowiedziałem:
-Amelia? -wiedziałem, że to ona, ale zawsze jakoś trzeba zacząć.
-Daniel?! -w jej głosie znowu usłyszałem „to coś”, co miała w sobie gdy mówiła coś podniecającego. Miała jednak bujną fantazje. Nie poznałem jeszcze nikogo, kto by z takim podtekstem erotycznym mówił o… kisielu. Ech. Znowu „odleciałem”, mimo wszystko Amelia była osobą przy której trudno było się skupić.
-No tak. -rzuciłem. Ale nie mogłem nawet za dużo powiedzieć, bo w słuchawce znów usłyszałem lekki krzyk:
-O Boże! Daniel! Z półtora roku Cie nie widziałam! Co u Ciebie? -nie byłem pewny, ale w jej głosie słychać było podniecenie.
-Dobrze. Słuchaj, nie mogę za bardzo rozmawiać, ale mam prośbę. Przenocowałabyś mnie dzisiaj?
-No właściwie mogłabym. A co się dzieje?
-Opowiem Ci jak przyjadę. -rozłączyłem się. Po skręceniu w prawo moim oczom ukazał się wielki budynek, a w jego okolicy kilka równie dużych. Zaparkowałem obok czarnego Opla, który należał do Marcina Górskiego – jednego z wielu celników na Okęciu. Zamknąłem samochód już z pilota i zapukałem do wielkich metalowych drzwi. Odsunęło się małe okienko z którego wyglądał generał Garaś.
-Hasło? -zapytał.
To takie filmowe. Tajne hasła, na tajne spotkania, ale co prawda – przydawało to się. W końcu nie trudno znaleźć mojego sobowtóra, dzięki mojemu charakterystycznemu wyglądowi wiele osób po prostu mnie myli. Odpowiedziałem trzy wyrazowym zdaniem. Małe okienko zasunęło się i nagle usłyszałem dźwięk potężnego zamka. Przede mną ukazała się sylwetka generała Garasia. Wszedłem do środka. Na środku stał stół z masą zdjęć, papierów i ośmioma krzesłami wokół. Po lewej i prawej stronie było pełno kartonów i skrzynek. Niektóre z nich były otwarte i było widać magazynki, karabiny i granaty. Dochodząc do środka pokoju zauważyłem, że są prawie wszyscy. Brakowało jedynie Maćka Karnickiego – żołnierza, a zarazem członka agencji ochrony prezydenta. Wszyscy pozostali byli, siedzieli i czekali. Zbliżała się godzina dwudziesta. Wszyscy zajęli się prywatnymi rozmowami, gdy nagle zabrzmiało mocne pukanie. Garaś wstał i podszedł do drzwi. A jednak punktualny. Do magazynu wszedł, cały mokry, Maciek Karnicki. Uważnie przyglądając się sytuacji zauważyłem, że powiedział coś ważnego generałowi. Po usłyszeniu wiadomości mina naszego dowódcy nie była najlepsza. Podeszli do nas, po czym z ust Garasia padło zdanie:
-Major Karnicki ma nam coś ciekawego do powiedzenia. -słowa, które zapewne wstrząsnęły częścią moich towarzyszy siedzących obok. Mrocznej atmosferze towarzyszyło stukanie deszczu o szyby w dachu. Zdyszany żołnierz usiadł na chwilę, zaczął sapać, po czym wstał i zaczął mówić:
-Ciekawego to mało powiedziane. Dzisiaj byłem w pokoju prezydenckim, gdzie to usłyszałem rozkaz, który zapewne już wszyscy z was znają. -spojrzał na generała, a następnie przeleciał wzrokiem przez wszystkich obecnych. -Jeżeli jesteście dobrze poinformowani to zapewne wiecie, że nie omieszkałem tam zamontować pewnego dnia podsłuchu. -wyjął z kieszeni małego pendrive’a i machnął ręką w stronę Grześka Grobickiego – policjanta z Warszawy. Ten wyjął ze swojej torby laptopa i podał go Maćkowi, włączył go i włożył małe urządzenie z boku komputera. Parę razy uderzył w touchpada i powiedział:
-Posłuchajmy. -rzekł stojąc wręcz na baczność.
-T… wprowadz…y? Poczek… a…że… spot… nadzwyczaj… -nagranie było strasznie niewyraźne, szelesty, szumy i mocno zniekształcony głos, słychać było również lekko wyraźny śmiech. -Chyb… cza… na wejś… wło…zadzw…o…ego…późni… a tera… odź.
W całym pomieszczeniu zapadła cisza. Nikt nie wiedział co dokładnie powiedzieć, aż w końcu milczenie przerwał Józef Machniewski – członek GROMu.
-A więc co z tych szelestów można wywnioskować? -powiedział niski, szczupły, ale za to przebiegły facet.
-Prezydent z premierem chcą coś „wprowadzić”. -rzekł Karnicki. -Z naszych domysłów wynika, że chodzi o stan wojenny, a dokładniej „wyjątkowy”.
-Z jakiej racji chcą go niby wprowadzić? -zapytał Górski. -Przecież nie ma zagrożenia wojną.
-Ano właśnie i tu jest haczyk. Otóż 31 września 2011 roku prezydent Michał Kamiński podpisał ustawę na mocy której, śmiem zacytować: „Stan wyjątkowy może zostać wprowadzony w obliczu bezpośredniego zagrożenia w cyberprzestrzeni.”.
-Zagrożenia w cyberprzestrzeni. Czyli ataki hackerskie na strony rządowe już się w to wliczają? -dodałem zmieszany.
-Dokładnie. Ale w rzeczywistości to może być tylko przykrywka. Większość polityków nawet nie wchodzi na swoje strony. Rząd już od czasu ostatnich wyborów to wszystko planuje.
-To wszystko? -zapytał generał.
-Nie. Mamy informacje od naszych znajomych z wywiadu belgijskiego o tajnych spotkaniach w podziemiach budynków rządowych. Ponoć był tam nasz premier – Tuwalski.
Wielu z obserwatorów rozmowy patrzyło z lekkim zdziwieniem. O ile możliwe są spiski wewnątrz naszego kraju, o tyle nasi politycy rzadko włączali się w międzynarodowe spiski i umowy. Karnicki wyjął ze swojej torby kilka zdjęć.
-Wiem również, gdzie możemy się dowiedzieć co to za spisek. -podał generałowi jedno ze zdjęć. -To mały domek letniskowy, gdzie nieoficjalnie spotyka się nasz premier z politykami z innych krajów, którzy również nie chcą aby ktoś wiedział o owych spotkaniach. -ciągnął major. -Problem jest taki, że jest tam niezła ochrona i ciężko będzie wejść bez zauważenia i żadnych eliminacji.
-A skąd tam mamy się dowiedzieć o tym wszystkim niby? -zapytał Machniewski.
-Po pierwsze – komputer. Premier trzyma tam wszystko, każda data, godzina, nazwa, powód. Dosłownie wszystko jest tam, czego potrzeba. A gdyby jednak nie było – w piwnicy są szafy z aktami.
Generał Garaś stał zamyślony obserwując zdjęcia. Po chwili namysłu i przeglądu sali rzekł do majora Karnickiego:
-Potrzebna jest zatem jakaś operacja jak mniemam. Tak?
-Dokładnie.
-Ile osób obejmuje akcja wg Twojego planu, który jak mniemam posiadasz?
-Czterech na ziemi plus ktoś, kto by ich stamtąd odebrał po akcji. Domek leży w górach, obok niego jest co prawda małe jezioro, ale to nie raczej nie będzie kluczowym elementem.
Wstałem, rzuciłem okiem na mapę. Jezioro było racja – nie duże, ale koło 200-300m dało się przepłynąć. Spojrzałem w stronę Maćka i zapytałem:
-Czterech ludzi na lądzie powiadasz?
-Tak, z czego jeden snajper.
Wszystkie oczy w pomieszczeniu spojrzały w stronę Kamila Lisickiego. Kamil był snajperem, który służy w rządowych jednostkach antyterrorystycznych, karabin snajperski miał opanowany do perfekcji, więc nie był on dla niego żadną tajemnicą.
-Więc kto i kiedy? -spytał generał.
-Od nas będzie trzech. Lisicki, Wyszyński i ja będziemy się świetnie do tego nadawać.
-Zaraz, zaraz. Jak to „od nas”? W tej grze jest ktoś jeszcze?
Major Karnicki znowu sięgnął do torby, wyjął sylwetki czterech osób i położył na stole.
-Oto nasi współpracownicy. Javier – szpieg, cichy zabójca, świetnie obeznany w komputerach. -wskazał palcem na jedno ze zdjęć. Ten drugi tutaj to Miguel – hacker, który będzie nam pomagał z komputerami tutaj. Andres – zawsze ma na sobie dziwną maskę, jest typem od brudnej roboty, potrafi załatwić wszystko co potrzeba, wystarczy tylko trochę czasu, a w dodatku to lider ich grupy i ostatni to Diego – pilot helikoptera. Na akcje mieliby się udać z nami Javier i Diego.
Generał Garaś pokręcił nieco głową z przeładowania. Nie wiedział już o co w tym wszystkim chodzi. Może był za stary, ale teraz wiek był najmniejszym problemem.
-A ten domek to jak mniemam jest w Tatrach? -powiedział, ale chyba z przymusu co by coś powiedzieć.
-Nie. W Alpach.
-Więc kiedy mamy się przygotować i odlecieć? -zapytałem, nieco zaskoczony.
-20 stycznia, 1:15 – tutaj zbieramy się, a o 1:40 wylatujemy.
-Ile zajmie nasz lot?
-Dwie godziny, więc będzie dużo czasu zanim zrobi się widno.
Nasz dowódca złapał się za głowę, nie dlatego, że plan był zły, dlatego, że go po prostu bolała. Zaczął chodzić wokół stołu, długo trwała cisza, która zapanowała po ostatnich słowach Macieja. Po dość długim rozmyślaniu generał wreszcie westchnął po czym odpowiedział:
-Dobrze. Zgadzam się na to. Będę tu już o 1szej, by przygotować dla was sprzęt.
-Dziękujemy generale. -rzekł Karnicki po czym zasalutował.
-Zatem koniec spotkania. W razie konieczności będę dzwonił.
Założyłem płaszcz i szybkim krokiem wyszedłem z magazynu. Nie spoglądałem na to co robią inni. Na dworze wciąż strasznie lało, a widoczność była bardzo niska. Wsiadłem do samochodu i odjechałem. Droga do Warszawy, a dokładnie do mieszkania Amelii nie była daleka. Zaledwie dziesięć kilometrów, ale w tych warunkach niestety, ale trzeba uważać. Trasa minęła dosyć szybko i bez przeszkód. Nie wpadła mi pod koła żadna szalona kobieta, to chyba dobry znak. Nie łatwo było znaleźć miejsce parkingowe na tym osiedlu. Jednak mimo słabego oświetlenia udało mi się znaleźć miejsce obok czerwonego nissana. Założyłem kaptur i szybko wbiegłem do klatki, całe szczęście drzwi nie były zamknięte, więc nie było problemu moknięcia i dzwonienia domofonem. Wchodzenie po schodach akurat nigdy nie należało do moich ulubionych sportów, ale szybko dotarłem na trzecie piętro. Zapukałem. Raz, drugi, trzeci. Nic. Może śpi i zostawiła otwarte drzwi dla mnie, ale raczej nigdy tak nie robiła. Przekręciłem gałkę drzwi i wszedłem do środka. Po prawej w kuchni nic, w pokoju po lewej też nic. W łazience ciemno. Obok łazienki był jeszcze jeden pokój. Drzwi były przymknięte, ale widać było zapaloną lampkę. Lekko pchnąłem drzwi, wszedłem do pokoju i niestety też było pusto. Aż tu nagle poczułem ucisk na szyi. Mocne duszenie. Po chwili jednak ustało, odwróciłem się, a tam stała, w samej koszuli nocnej i majtkach ona – Amelia. Aż znowu poczułem skok i uścisk, tym razem normalny, bardziej powitalny niż mający na celu mnie udusić. Gdy tak stałem, z nią na rękach powiedziałem:
-Jeszcze raz coś takiego, a obiecuję. Nie ręczę za siebie.
-Już dobrze. -odpowiedziała. -Chodź do kuchni, napijemy się czegoś.
Zabrała po drodze ode mnie przemoczony płaszcz i powiesiła go. Torbę z rzeczami rzuciła na łózko w pokoju obok. Usiadłem na krześle stojącym przy małym stole, naprawdę niewielkim, bo zaledwie dwuosobowym. Amelia wyjęła z szafki dwie, dosyć duże szklanki, z lodówki cole, a z zamrażalnika kostki lodu i… Hmm… Tak, to był Ballantine’s. Dwunastoletni jak mniemam. Mówiąc napić myślałem bardziej o herbacie lub kawie, ale Amelia. Ona chyba nigdy z tego nie wyrośnie.
-A więc znowu chcesz mnie upić? -rzuciłem.
Nie bez powodu. Zdarzały się w przeszłości podobne sytuacje i ja, jako ten młodszy, mniej „doświadczony w boju” pierwszy odpadałem. Zresztą to nie dziwne. To właśnie ona była pierwszą osobą, która na tak zwanym „nielegalu” pierwszy raz poczęstowała mnie alkoholem. Wcześniej owszem, zdarzyło mi się wypić coś, ale to przy rodzinie, tam wychodzili z założenia, że lepiej napić się przy nich, niż pić po krzakach. Coś z tego jednak jest. Amelia siadła na krześle naprzeciwko mnie, subtelnie przeleciała wzrokiem po pomieszczeniu, a następnie po mojej twarzy, tym samym oblizując szklankę czubkiem języka. Po tym, jakby to nazwać – uwodzicielskim geście powiedziała:
-Może. Właściwie to tak. Dlaczego by nie? -w jej głosie słychać było dość wyraźne podniecenie całą sytuacją.
Nie wiem dlaczego, ale zawsze, gdy znalazłem się z nią w sytuacji sam na sam to moje serce wariowało. Dosłownie. Nie było to coś stałego, co łatwo by było poznać. Raz nawalało jak szalone, aż tak że w piersi czułem wbijające się od środka igły, a znowu innym razem całkiem nie było go czuć, jakby wyłączone. Długo jeszcze z nią siedziałem. Z biegiem czasu odczuwałem zawroty głowy, ale też duże zmęczenie o sobie przypominało. Nie patrzyłem już nawet co pije. Po jej opowiadaniach o tym, co się działo w ciągu ostatnich miesięcy usłyszałem pytanie. Pytanie na temat o którym nie wolno było mi mówić.
-A właściwie to co masz do roboty tu, w Warszawie? -zapytała. Od alkoholu jej twarz zrobiła się bardzo różowa i nie mówiła już tak płynnie.
Nie myślałem długo co odpowiedzieć. W sumie Amelii można było powiedzieć wszystko.
-Ustalanie zamachu o tle politycznym. -powiedziałem, ale z uśmiechem na twarzy.
Spojrzała na mnie dziwnym, niepewnym spojrzeniem. Po chwili dopiero przyjęła do wiadomości powagę z jaką mówiłem. Zaczęła się śmiać, ja zresztą też. Może i lepiej.
-A tak naprawdę? Po co przyjeżdżałeś?
-Zwykłe przygotowania wojskowe. Testy sprawnościowe w trudnych warunkach atmosferycznych jak deszcz, śnieg i mróz.
-I to wszystko będzie? Jutro już wracasz?
-Nie, w nocy z czwartku na piątek mamy ćwiczenia w terenie.
-A wracasz do mnie jeszcze na jedną noc? -odparła dziwnie się na mnie patrząc, nie wiedziałem co widzę w jej oczach, czy to nadzieja, czy prośba.
-Czas wszystko zweryfikuje. Pewności nie mam.
Popatrzyłem nieco na kuchnie w której się znajdowałem, ale nie należała ona do najciekawszych pomieszczeń na świecie. Zmęczenie już mocno dawało się we znaki, dlatego podniosłem się z krzesła. Wrażenie, że podłoga była nierówna zapewne wywołał alkohol. Odwróciłem się przez bark, po czym skupiłem wzrok na Amelii i zapytałem:
-To może pokażesz mi, gdzie mam spać?
-Jak to gdzie? Ze mną. -patrzyła mi prosto w oczy, a jej zmysłowe spojrzenie i podstępny uśmiech wywołały u mnie dreszcz i zjeżenie się włosów na rękach.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, bo szczerze – odpowiedź mnie zaskoczyła. Jednak po krótkiej chwili zauważyłem, że uśmiech z podstępnego zamienia się na żartobliwy. Odpowiedziałem lekkim uśmiechem, a następnie zacząłem się śmiać. Ona też. Tak już między nami bywało. Dziwne poczucie humoru, rozmowy z podtekstem seksualnym. Zwykle w ten sposób prezentował się czas beztroski. Przeszliśmy do pokoju. Spojrzałem na łózko, a raczej na kanapę. Amelia usiadła na fotelu i włączyła telewizor. Pościel była schowana w środku. Zanim wyciągnąłem i pościeliłem sobie miejsce do spania zobaczyłem, że usnęła. Spała na siedząco z niewygodnie ułożoną głową na własnym ramieniu. Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawała mi się strasznie słodka w czasie snu. Zdarzyło się nie raz, że widziałem jak śpi. Raz nawet na jednym z obozów w trakcie jazdy autokarem spała wtulona w moje ramie. Była wtedy strasznie bezradna, ale tym samym stawałem się strasznie słaby. Wiedziałem, że nie może tak spać, bo rano zapewne jej szyja będzie potrzebowała lekarza. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do drugiego pokoju. Kładąc ją na łóżku poczułem jej perfumy. Właściwie to nie wiem czy perfumy, zawsze tak samo pachniała. Zmysłowo. Ten zapach był dla mnie jak feromon, gdy go poczułem u innej kobiety, zawsze stawała się dla mnie atrakcyjniejsza. Przykryłem Amelie kołdrą. Kucnąłem obok łóżka. Znowu we mnie pojawiła się ta tęsknota. Dokładnie za przeszłością. Kiedyś wiele mnie łączyło z piękną postacią leżącą przede mną. Nawet wydawało mi się przez chwilę, że między nami może być coś niesamowitego, prawdziwe uczucie. Później jednak zrozumiałem, że sensu to nie ma. Chociaż jeszcze długi czas mieszało mi to w głowie. Teraz, ten przyjazd do niej chyba znowu namieszał mi w głowie. Na pewno nie był to najlepszy ruch, zwłaszcza przed tym co mnie czeka. Zamiast skupić się na misji będę znów rozmyślał o tym „co by było gdyby”. Nie miałem już siły dłużej patrzeć. Jeszcze kilka razy pogłaskałem ją po głowie, miło było poczuć jej delikatne włosy między palcami. Obejrzałem się za siebie, po czym pocałowałem ją w czoło i udałem się w stronę drugiego pokoju. Zanim wyszedłem stanąłem w progu i ostatni raz na nią zerknąłem. Uśmiechała się. Nie wiem dlaczego, może coś się jej śniło, a może wcale nie spała. Nie musiałem długo czekać żeby usnąć. W chwilę pogrążyłem się w krainę snu.
Ciche oczekiwanie – VIII
29 Styczeń 2012
VIII
18 stycznia 2012, 18:32, Alicante
Kapitan Ramirez chodził po małym, szczelnym pomieszczeniu. Było naprawdę niewielkie, ledwo mieściły się tu dwa krzesła, stół i jedna lampa w rogu. Na jednej ze ścian było lustro. Weneckie. A jakże. Po drugiej stronie lustra stało trzech mężczyzn. Bacznie przyglądali się biegowi zdarzeń mającemu miejsce za ścianą, a raczej za szybą. Jeden z nich, był zapewne kimś ważnym, bo dwóch pozostałych słuchało jego poleceń. W dodatku ubrany w garnitur, wysoki i gruby. Musiał tu coś znaczyć. Po chwili, obecny w pokoju przesłuchań żołnierz – niski, ale dobrze zbudowany z ogoloną głową – zdjął czapkę, po czym zaczął swoje gierki:
-Tak więc nazywasz się Miguel Jocinta dos Santos Meneira, zgadza się?
-Tak. Ale wciąż nie rozumiem…
-Zamknij się! -wrzasnął Ramirez, chyba nie lubił jak ktoś mówił za dużo, gdy nie trzeba. -To ja tu jestem od zadawania pytań. Jasne?
Miguel skinął głową. Wiedział, że sam, nie może tutaj za dużo zdziałać. Był niskim latynosem, który, ani nie był dobrze zbudowany, ani nie umiał się bić. Miał za to inne cechy. Podstępność i spryt. To były umiejętności niezbędne w jego „pracy”.
-Jesteś podejrzany o blisko czterdzieści przestępstw internetowych takich jak włamania na strony, serwery i konta bankowe. -ciągnął wojskowy. -Przyznajesz się do tych zarzutów?
-Nie.
-Coooooooooooo?!
To co się właśnie wydarzyło, a raczej to, co zostało wypowiedziane przeszło szerokim echem po całym Alicante. Nikt nie spodziewał się, że niby ten dźwiękoszczelny pokój wypuści takie ilości hałasu na zewnątrz.
-Dobra, dobra. Możesz się nie przyznawać. Ale my wiemy, że to Ty. Wszystkie ślady prowadzą do Ciebie. To samo IP, ten sam adres. Jak chcesz to wytłumaczyć?
-Nie znam się na tym, ale z tego co wiem, to gdybym ja był tym całym, jak to się nazywa? Hackerem?
-Tak. Hackerem. -powiedział już nieco uspokojony Ramirez.
-No to gdybym nim był w rzeczywistości nie korzystałbym z własnego IP, prawda? Istnieją chyba programy do utajniania tych wszystkich informacji.
Miguel trochę się uspokoił. Wszystko zaczął tłumaczyć tak jak sobie zaplanował.
-Nic Ci to nie daje. I tak wiem że to Ty.
Podszedł do rogu i pociągnął lampkę bliżej stołu. Następnie błysnął światłem prosto w twarz młodego Hiszpana.
-Mów prawdę! To Ty stoisz za atakami na strony rządowe! Wiem, że tak! A kto Ci pomaga.
-To nie ja. I nic więcej nie powiem.
Gdy kapitan Ramirez miał właśnie rozedrzeć się, gdy do pokoju wszedł jakiś żołnierz. Zasalutował po czym powiedział:
-Kapitanie Ramirez! Na komputerze podejrzanego, znaleźliśmy nielegalny program do szybkiej aktualizacji ostatnich działań na komputerze na świeże!
-A jakoś jaśniej? Co to znaczy? – rzekł zniesmaczony i zakłopotany kapitan.
-Oznacza, że był to dysk „awaryjny”, który…
Wypowiedź przerwał wybuch. Wielki dym w całym pomieszczeniu i dziura w ścianie. Miguel szybko i sprawnie zrozumiał o co chodzi. Biegł szybko i wybijając się z progu dziury wyleciał przez otwór w ścianie. Lot trwał chwilę, sekundę, może dwie, ale dla niego to była cała wieczność. Wreszcie chwycił się zwisającej liny i powoli wtargał się na górę helikoptera. Usiadł, trochę ochłonął i powiedział do kolegi w masce:
-To co teraz?
-Czas na rewolucję. Europejską rewolucję.
Ciche oczekiwanie – VII
28 Styczeń 2012
VII
18 stycznia 2012, 15:30 Kozienice
-Podpułkownik Wyszyński? -w słuchawce zabrzmiał znajomy mi głos.
Proste. Generał Garaś. Mój dobry przyjaciel, a zarazem przełożony. Z bardzo charakterystycznym głosem. Wysoki, dobrze zbudowany, umiejący uporządkować sobie ludzi. Właśnie tacy ludzie zostawali ważnymi osobami w tym kraju. Strach to najprostsza droga do władzy. Nie czekał długo też na moją odpowiedź:
-Tak jest! -wręcz wrzasnąłem do słuchawki. -Co się dzieje?
-Słuchaj Daniel, sprawa nie ma się najlepiej. Oglądałeś telewizje?
-No cały czas widzę to co się dzieje, ale co w związku z tym?
-W Warszawie wybuchły zamieszki, a premier wydał okrutne polecenia. -mówił, ale w jego głosie zanikła pewność siebie. -Mamy rozkaz wyjazdu armatkami wodnymi i pałowania wszystkich opornych demonstrantów.
A to skurczybyk. Nigdy nie lubiłem gościa, ale póki rządził tym krajem musiałem to znosić. Jednak to chyba przelewa czarę goryczy. Nie dość że facet podnosi podatki, podwyższa ceny paliw i wieku emerytalnego to jeszcze stara się tu wprowadzić komunizm. To się nie powinno podobać.
-No więc co z tym robimy? -zapytałem, bo szczerze – nie miałem pojęcia co tym razem leży w mojej kwestii.
-Reaktywacja projektu. Reaktywacja.
-BOC?
-Tak. BOC.
BOC. Biuro Ochrony Cywili. Tajny projekt pozarządowy stworzony jeszcze w 1988 roku. Ma na celu bronić ludzi przed agresją rządową. Stworzony by nie dopuścić ponownie do wydarzeń z 13 grudnia 1981 roku. Lecz informacje o istnieniu całej organizacji mieli tylko nieliczni, a tym samym – jej członkowie. Głównie złożona z wojskowych, ale nie tylko. Byli tu Ci, którzy mogli się przydać w stanie nadzwyczajnym – celnicy na lotnisku, agenci różnych organizacji rządowych i nie tylko. Nikt z nich nie darzył sympatią żadnego prezydenta, ministra, premiera i całej reszty polityków. Nie mogli. Kto wie, każdego dnia mogliby się znaleźć w sytuacji wymierzenia lufą pistoletu prosto w skroń któregoś z nich. Teraz na usta nasuwało się tylko jedno pytanie:
-Tak więc co robimy najpierw? -zapytałem.
-Póki co, to przydałoby się spotkanie. Pasuje Ci koło 20 w magazynie?
Magazyn. Stary budynek po fabryce mebli znajdujący się gdzieś niedaleko na południe od Warszawy. Nigdy nie mogłem zapamiętać miejscowości. Właścicielem tego budynku po upadku fabryki był niejaki Włodzimierz Nowicki – jeden z byłych członków BOC, jeszcze sporo przed śmiercią przepisał akt własności budynku na generała Garasia, stąd też on tam często urzęduje. W chwili obecnej znajduje się tam również masa broni, amunicji i wszelkiego wojskowego sprzętu, który mógłby się przydać „w nagłym wypadku”. Było tam prawie wszystko. Od zwykłych coltów po karabiny snajperskie m 109. Nigdy nie wiadomo, kiedy może to być potrzebne. Najlepiej wcale, ale przyszłości nie da się wywróżyć.
-No pasuje, a mam inne wyjście? -rzuciłem, pół żartem, pół serio.
Zaśmiał się, po czym tylko odpowiedział:
-Nie. O 20 w magazynie. Nie spóźnij się.
W słuchawce już zabrzmiał tylko odrzucony sygnał. Nie mogłem się spóźnić. Co do punktualności generał zawsze przywiązywał wagę. Wielką. Mówił, że dobry czas na walce to połowa sukcesu. Później trzeba tylko zdominować wroga. Skoro spotkanie jest dopiero o 20, a zwykle one trwają godzinami, postanowiłem, że będę zmuszony się spakować, w końcu zmęczenie nie pozwoli mi wrócić od razu do domu.
Ciche oczekiwanie – VI
27 Styczeń 2012
VI
18 stycznia 2012, 18:25, okolice Alicante
Misja nie była za trudna. Javier specjalizował się w takich akcjach. Łączył pracę z rozrywką i przyjemnością. Już od małego dziecka uwielbiał wspinaczkę. Początkowo robił to na małych, zabawkowych ściankach, które robiły prawdziwą furorę w tamtym czasie. Teraz nie mógł jednak delektować się wspinaczką, również dlatego, że miejsce do niej było niebezpieczne. Na szczęście, działał już pod zasłoną nocy. Zaczął od tyłu. Wielki, ośmiopiętrowy budynek ukazał się przed nim. Jego cel – mały pokój – znajdował się na siódmym. Wspinaczkę zaczął od rynny. Twardej, metalowej rury, ciągnącej się aż do czwartego piętra. Powoli, jak najciszej idąc do góry rozglądał się za nieznajomym patrolem. Póki co, niczego nie widział. Gdy doszedł do czwartego pietra został zmuszony wejść na pewne półpiętro, na którego środku znajdowały się okna ukazujące pomieszczenie, zapewne jakąś graciarnię lub magazyn. Całe szczęście światło było zgaszone. Niestety, pojawił się inny problem. Problem mierzący na oko metr osiemdziesiąt. Uzbrojony w karabin m4 ochroniarz obchodził „półpiętro” dookoła. Javier musiał szybko przeanalizować sytuacje. Z niesmakiem stwierdził, że rozwiązanie jest tylko jedno – eliminacja. Strażnik przeszedł kilka centymetrów od niego i tylko tyle. Chłopak wyskoczył z rynny na dach po czym szybko poderżnął przeciwnikowi gardło. Nie było teraz czasu na ukrycie ciała. W ciągu dwudziestu pięciu minut musiał wykonać zadanie. Szybko wskoczył na drabinę przeciwpożarową i wręcz biegiem wszedł na górę. Tam nie było już niespodzianek. Kilka wentylatorów i drzwi przeciwpożarowe. Właśnie. Drzwi. Nie mógł go nikt zaskoczyć, bo od tego zależy powodzenie misji. Przy pomocy wytrychów postarał się je zamknąć. Po krótkiej chwili usłyszał dźwięk przekręconego zamka. Udało się. Następnie z całej siły zaparł się i wyrwał klamkę. To mu powinno dać całkiem dużo czasu. Wystarczająco dużo, aby zdążył jeszcze zjeść nim go tu znajdą. Rozejrzał się wokół. Nigdzie żywej duszy. Wyjął z plecaka opis budynku i mapę pomieszczeń. Chodził, chodził, aż wreszcie:
-Mam Cię. -odparł.
Pomieszczenie, którego szukał znajdowało się dokładnie dwa piętra pod nim. Grube, metalowe ściany, ale nie ma nic z czym by sobie nie poradził. Już na to przygotował solidną porcje. Przypiął jednym końcem liny swój kombinezon, a drugim poręcz, która odgradzała dach od przepaści w dół. Zaczął się powoli spuszczać w dół. Powoli, spokojnie i nagle szepnął:
-Tu jesteś.
Starannie wyjął z plecaka wcześniej przygotowaną dużą paczkę pełną ładunków wybuchowych. Delikatnie, z wielką starannością przykleił ją do ściany po czym zaczął się powoli wspinać z powrotem na górę. Gdy już dostał się z powrotem na dach, za jego plecami usłyszał warkot silnika. Helikopter. Z odsuniętych drzwi maszyny wyleciała lina. Javier poręcznie skorzystał z niej i wszedł na pokład.
-Wszystko gotowe? -zapytał kompan w dziwnej masce.
-Tak, możemy zaczynać.
Zlecieli nieco niżej. Nagle zabrzmiał wybuch, kłęby dymu wydobywały się z miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą był ładunek wybuchowy. Helikopter szybko odleciał w dal. Z przesyłką na linie.
Ciche oczekiwanie – V
26 Styczeń 2012
V
18 stycznia 2012, 15:07, Warszawa
Gdy dwóch mężczyzn dyskutowało w pokoju – jeden gruby i niski, czarne włosy, a drugi chudy, wysoki, ciemne blond włosy. Do pokoju wkroczył wojskowy. Wysoki, dobrze zbudowany, z mundurem, odznakami. Zapewne ktoś z wysokim stopniem. Zasalutował, po czym zdał raport:
-Panie Prezydencie! Na ul. Wiejskiej wybuchły zamieszki w czasie protestu! -mówił jak typowy wojskowy, bez emocji w głosie, suche fakty. -Co mamy zrobić?
A więc jeden z nich – niski i gruby – to prezydent. Wybrany po katastrofie smoleńskiej na prezydenta Polski Michał Kamiński – przedstawiciel DPO – Demokratycznej Partii Obywatelskiej. Obydwaj mężczyźni spojrzeli znacząco na siebie. Wyglądali na zadowolonych. Po krótkiej wymianie spojrzeń drugi z nich wstał i powiedział do wojskowego:
-Niech mi Pan powie żołnierzu. -typowy żargon wojskowy, prawdopodobnie wcześniej służył, albo wciąż służy w wojsku. -Jak Wy się nazywacie?
-Major Karnicki, Panie Premierze.
Premierze. Ciekawie. Zatem drugi z mężczyzn to Edward Tuwalski Premier Rzeczpospolitej Polski, który również pochodzi z ramienia DPO. Były żołnierz. Niby demokrata, ale w głębi serca komunista. Lekko uśmiechnięty odpowiedział:
-Tak więc Panie majorze Karnicki. -mówił to strasznie złowieszczo, taki też miał uśmiech. -Proszę wyjechać armatkami wodnymi. Każdy stawiany opór odeprzeć. W razie potrzeby używać gumowych pał.
-Ale… -zawahał się major.
-To rozkaz. Proszę wykonać.
Żołnierz szybko opuścił pomieszczenie. Prezydent wstał i udał się do stojącego w rogu barku. Mały, z drewna dębowego, zapewne też drogi. Wyciągnął z niego szkocką. Nie wiem jaką, nie znam się, ale znając zachłanność tych dwóch Panów do najtańszych nie należała. Otworzył szufladę z której wyciągnął dwa kubańskie cygara. Do nalanego już trunku dorzucił kostki lodu. Po dwie. Wrócił i postawił tacę z „posiłkiem” na małym, szklanym stoliku. Odpalając cygara i przełykając zimny trunek premier Tuwalski powiedział do swojego kompana:
-Najwyraźniej wszystko idzie zgodnie z planem. -mówił dumny i pewny siebie.
-Na to wygląda. -gdy tak gadał, z jego ust wydobywał się gęsty dym spalonego tytoniu. -To kiedy wprowadzamy?
-Poczekajmy może do „spotkania nadzwyczajnego”.
Obaj zaczęli się śmiać, równie złowieszczo, co dumnie.
Ciche oczekiwanie – IV
25 Styczeń 2012
IV
18 stycznia 2012, 11:32, Kozienice
Po dwóch latach walk na froncie w Afganistanie, znów mogę wstać o której mi się podoba. Dobrze wykorzystałem swoją szansę. Po dość długim, bo prawie dwunastogodzinnym śnie obudziłem się, rześki i wyspany. Od razu nastawiłem wodę po czym udałem się do łazienki. Zimny prysznic dobrze mi zrobi. Czysty i pobudzony stwierdziłem, że po powrocie wypadałoby odwiedzić inną ważną w moim życiu kobietę, moją narzeczoną – Dianę. Diana jest śliczną, zgrabną brunetką, nie wysoką, bo mierzącą jedynie metr sześćdziesiąt pięć. Skończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie po próbach zrobienia kariery w wielkich gazetach, lub telewizjach wróciła do Kozienic, gdzie cały czas pracuje w lokalnej telewizji. Trochę to smutne, bo osoby, które naprawdę coś potrafią nie mogą zrobić nic nadzwyczajnego bez konkretnych znajomości. Pracowała cztery minuty drogi na pieszo od mojego domu. Krótki spacer wydał mi się bardzo przyjemny. Idąc powoli prawdziwą przyjemnością był haust świeżego powietrza prosto w płuca. Wreszcie dotarłem. Siedziba całej telewizji miała miejsce na ostatnim piętrze lokalnego domu kultury. Wchodząc powoli po schodach przypomniałem sobie o wszystkich moich występach, przedstawieniach i prezentacjach, które miały tu miejsce. Akcja charytatywna w której byłem wolontariuszem, przedstawienie teatralne. Tak. Teatr to było coś do czego miałem talent, niestety zawsze na Twojej drodze stanie ktoś, kto pragnie zniszczyć Ci marzenia. Wtedy o tym nie wiedziałem, teraz dobrze wiem. Nasz naród jest zawistny, gdy jednemu lepiej idzie, wtedy inny zacznie mu zazdrościć, krytykować i starać się go wprowadzić w chęć porzucenia swoich działań. Wielu ludzi się poddało. Ja również, ale jeżeli coś sprawia Ci przyjemność – nigdy tego nie zaprzestawaj. Wreszcie dotarłem na samą górę, otwierając po cichu drzwi główne udałem się do otwartego pomieszczenia po lewej. Siedziała przed komputerem. Zapewne pisała jakiś reportaż lub inne dziennikarskie pismo, szczerze – nie znam się na tym. Nigdy nie byłem najlepszy z polskiego. Po cichu doszedłem do jej fotela i zasłoniłem moimi dłońmi jej oczy. Podskoczyła z zaskoczenia, a gdy już zorientowała się kto tak naprawdę starał zakłócić się jej przestrzeń interpersonalną rzuciła się na mnie z otwartymi ramionami. Dobrze było poczuć na szyi jej splątane dłonie, a także poczuć dotyk jej warg na całej twarzy. Wreszcie, po dwóch latach, znów mogłem poczuć młodość. Niestety, ale wojna nas wychowuje inaczej, nikt już nigdy nie będzie młody nawet i duchem, po tym co musi tam przeżyć. Teraz mimo wszystko poczułem się pewniej, że nawet jeżeli mnie tu nie ma, jestem na froncie to zawsze w kimś mam wsparcie. Kobiety to dla mężczyzny jedna z najważniejszych rzeczy, ale największe znaczenia mają dla niego dwie – ta, która go urodziła i ta, która będzie rodzić jego dzieci. Jeszcze przez krótką chwilę byłem duszony przez tą piękną damę. Po tym łzawym akcie powitania. Usiadłem obok niej. Opowiadała o tym, jak praca, co w domu. Jak zwykle żadnych nadzwyczajnych kataklizmów w życiu. Wszystko szło jak zawsze. Postanowiłem, że posiedzę sobie trochę z nią i popatrzę jak pracuje. Zawsze wydawała mi się seksowna, gdy musiała się na czymś skupić i przyłożyć. Wtem do jej małego pokoiku wszedł facet, prawdopodobnie jej szef. Gruby, niski, śmierdział papierosami. Typowy typ szefa, nie owijał też w bawełnę i po wejściu rzekł:
-Diana, w ciągu piętnastu minut masz być z Markiem przed urzędem miejskim. -powiedział szybkim, grubiańskim i stanowczym tonem, chyba potrafił postawić ludzi do porządku.
-Co to za akcja? – natychmiast odpowiedziała.
-Protesty internautów!
Za bardzo nie rozumiałem o co chodzi, jakie protesty? Albo przez noc wydarzyło się coś niesamowitego, albo… Nie wiem. Nie miałem wytłumaczenia w tej sytuacji. Szef wyszedł z pokoju, a Diana zaczęła szukać w komputerze dokumentów, które musiała sobie wydrukować. Zmieszany całym wydarzeniem, chciałem dowiedzieć się czegoś więcej na cały temat. Od tak nagle rzuciłem:
-Mogę jechać z Tobą? – właściwie nie wiem czy chciałem, ale jeśli się zgodzi – czemu nie. I tak nic innego nie miałem do roboty.
-Jasne. -rzuciła od razu. -Tylko raczej nie znajdziesz miejsca przed kamerą.
Mówiąc to w jej głosie czuć było radość i lekki śmiech. Chyba znowu ktoś jest dzięki mnie szczęśliwy, chociaż nie wiem, czy to ja, czy radość spowodowana jakimś ciekawym dla reportera wydarzeniem. W sumie to nie ważne. Szczęście przede wszystkim. Szybko zeszliśmy na dół do służbowego samochodu. Za kierownicą usiadł Marek – wysoki brunet, żonaty. Tak przynajmniej sugerowała obrączka na palcu. Na miejscu pasażera z przodu leżała kamera i oparty o fotel statyw. Ja, wraz ze swoją narzeczoną usiadłem z tyłu. Co prawda nie było daleko, ale czas nas popędzał. Wystarczyło przejechać dwie przecznice i byliśmy na miejscu. Samochód musieliśmy zaparkować na parkingu przy niedalekim budynku innego z urzędów. Szybko przeszliśmy na plac główny, duża fontanna, bez wody, ale czego się spodziewać w czasie zimy. Tłumy ludzi stały pod urzędem z wielkimi transparentami. Duży budynek Urzędu Miasta i Gminy był cały otoczony, instytucja ta miała swoją siedzibę w zespole pałacowym, który otaczał właśnie ową fontannę. Zwykle to miejsce świeciło pustkami, ale teraz. Nigdy nie widziałem tylu ludzi w jednym miejscu w tym mieście. Nawet na koncerty przychodziło mniej. Na oko przede mną stało cztery, może pięć tysięcy ludzi. Transparenty mieli różne, co prawda, nie mogłem się dowiedzieć z nich wszystkiego, ale przybliżyło mi to wstępną sytuację. „Nie dla cenzury! Chcemy wolnego internetu!”, „Precz z komuną!”, a nawet „Panie pośle, a pornosy skąd Pan ściągnie?!”. Ostro. Aż dziwne, że część z tych ludzi wyszła z domu. Gdy rozglądałem się po całym placu i opanowywałem mój śmiech i zdziwienie zobaczyłem, że po mojej prawie, dwójka ludzi jest już w swoim żywiole. Kamerzysta uważnie stał i nagrywał prezenterkę, która z zażartością tłumaczyła przyczynę całego tego zamieszania:
-…dokument na którego mocy internet zostanie częściowo ocenzurowany. Przykładem jest fakt, że każde naruszenie prawa internetowego, musi zostać zgłoszone przez Twojego dostawce internetu na policje. -albo mi się wydaję, albo w jej głosie słychać było podniecenie, ale cóż, w tak małym mieście nie codziennie dzieją się takie rzeczy. -Za wprowadzeniem tej ustawy, głosował nasz burmistrz, a zarazem poseł na sejm – Dariusz Plemień. Dokument mający zatwierdzić chęć przyjęcia przez Polskę dokumentu ma zostać podpisany już 26 stycznia w Tokio. Ale jak mówią internauci – zrobią wszystko, byle tylko internet pozostał wolny. Potwierdzili już, że w kolejnych dniach, na terenie całego kraju odbędą się protesty i demonstracje.
Ciekawe. Naprawdę ciekawe. Wszystko to, co mówiła ta wariatka na drodze nagle zaczęło mieć sens. Pytanie kogo się bać – zwykłych obywateli, czy rządu? Diana wraz z Markiem musiała wracać do pracy, jednak jedyne co zrobiłem to pożegnałem się z nimi. Nie miałem ochoty wracać do jej pracy i słuchać dziennikarskiej gadki o tym, jak najwięcej z tego zarobić. Gdy wreszcie doszedłem do domu od razu włączyłem telewizor. Wszędzie to samo, protesty, demonstracje i informacje. Na każdym kanale to samo. Nagle w uszach rozbrzmiał dźwięk dzwoniącego telefonu.
Sorry, dzięki i cierpliwie.
25 Styczeń 2012
No to jak każdy z tych wpisów – Witam. Od razu z miejsca chciałbym podziękować za to iż w ciągu poprzedniej doby udało nam się nazbierać 1000 (słownie tysiąc) wejść na mojego bloga. Jest mi niezmiernie z tego powodu miło, ponieważ to w miarę duży sukces, który uważam że też jest moją zasługą, bo dzięki ciężkiej pracy i waszej motywacji wczoraj opublikowałem dwa rozdziały. Następną rzeczą jaką muszę zrobić to przeprosić za to, iż prawdopodobnie dzisiaj nie zostanie opublikowany żaden rozdział (a jeżeli już to w okolicach 23-24). Ten rozdział na pewno zajmie wam trochę więcej czasu, niż wszystkie poprzednie, dlatego czekajcie cierpliwie
. W związku z tym iż nie poradziłbym sobie sam, bardzo dziękuję za duchowe i treściowe wsparcie Artura. Właściwie to wszystko. Czekajcie, a się doczekacie
Ciche oczekiwanie – III
24 Styczeń 2012
III
18 stycznia 2012, 3:15, Alicante
Miguel siedział przed swoim komputerem już piątą godzinę, lecz według jego myśli to co robił było słuszne i miało na celu przynieść pożytek nie tylko jemu, ale całej Europie. Kto wie, może nawet i światu. Pił już piątą kawę. Rozpuszczalną, bo czarnej ponoć nie znosił całkowicie. Rozmawiając na czacie i dyskutując na forum w tle przeprowadzał ataki DDoS na wybrane przez partnerów strony. Póki co o całej sprawie było cicho, zaledwie trzy dni temu rządy doszły do porozumienia, ale każdy, kto na bieżąco śledził nowe wpisy na Facebooku czy Twitterze, wiedział, że to co władze chcą wprowadzić w życie nie będzie tylko głupią ustawą, nie tylko ograniczy ludziom dostęp do internetu. Ale przede wszystkim będzie początkiem złych, mających źródło w czasach komunizmu, rządów. Jedna, druga, trzecia. Kolejno wyłączały się następne strony internetowe rządów. Raz w Austrii, raz w Niemczech, raz w Hiszpanii i tak wszędzie po kolei. Wszyscy działali pod zasłoną nocy. Dla młodego Hiszpana nie była to pierwsza taka akcja w życiu. Pomagał w znacznie większych atakach. Raz wraz z partnerami wyłączył serwery należące do firmy Sony, w dodatku wykradł dane kilku tysięcy użytkowników platformy PlayStation Network. Kilku jego kolegów nawet już usłyszało za ten wyczyn wyrok, ale Miguel wciąż starał się uciekać przed prawem. Za oknem, na ulicach Alicante trwała cisza i spokój, absolutnie nic się nie działo. Wtem w jego uszach rozbrzmiał dźwięk mocnego dobijania się do drzwi. Jego serce nagle się zatrzymało. Przestało bić na trzy, może pięć sekund. Powróciło z niesamowitą mocą, uderzenia były nie dość że szybkie, to tak mocne że słyszalne ze sporej odległości. Dobrze wiedział kto mógł złożyć mu wizytę, ale był ubezpieczony w razie takich sytuacji. Szybko wyłączył komputer, a następnie wyciągnął dysk z masą nielegalnego oprogramowania, nie tylko filmów, gier czy systemów, ale także programów, które sam stworzył do osiągnięcia jeszcze lepszych wyników w swoim hackerskim rzemiośle. W ukrytej w ścianie szafce czekał zimny, rzadko używany dysk, z legalnym i bezpiecznym oprogramowaniem. Miguel dobrze wiedział, kto mógł go odwiedzać o tej porze, walenie w drzwi nie ustawało, ale jeszcze powiększało swoje natężenie. W końcu poszedł do przedpokoju i zapalił światło. Spojrzał jeszcze tylko przez judasza, ciemność, i otworzył drzwi. Nawet się nie zorientował, a już leżał ze skrępowanymi rękoma. Znał tych ludzi. Agenci CNI. Centro Nacional de Inteligencia, czyli Narodowe Centrum Wywiadu. Zajmowali się wszystkim. Zawsze gotowi na każde wezwanie rządu. Gdy trzech agentów zajęło się przeszukiwaniem mieszkania, jeden z nich, wciąż go trzymał i zaczął szybkie przesłuchanie:
-Miguel Jocinta dos Santos Meneira?! To Ty?! – wydarł się na niego z impetem, na pierwszy rzut oka, wydawało się, że sprawia mu to przyjemność.
-Tak. – odpowiedział niepewnym głosem. – Ale nie rozumiem o co chodzi.
-Jesteś oskarżony o siedem ataków hackerskich, a także wyłudzania numerów kont bankowych i haseł.
-Nigdy nic takiego nie robiłem. Całkowita pomyłka. To niemożliwe! – zaprzeczał, ale w jego głosie wciąż tkwiło zdenerwowanie, wywołane całą sytuacją.
-Już zobaczymy. Pojedziesz…
Nagle do przedpokoju wskoczył jeden z podwładnych i przerwał w pół zdania swojemu,jakby to ktoś ujął – przełożonemu.
-Kapitanie Ramirez! Znaleźliśmy jeden komputer stacjonarny i kilka magazynów informatycznych. -mówił dumnym głosem, mały, chuderlawy facet w kombinezonie wojskowym. -Nic innego z zaplecza informatycznego nie zostało znalezione.
Z lekkim grymasem na twarzy kapitan przyjął tą wiadomość. Powinno być coś więcej, ale jednak nic innego nie było. To mu musiało wystarczyć. Wstał i wyprostował się, a następnie zaczął mówić:
-W takim razie zabieramy go i ten komputer ze sobą. Już nasi informatycy się zajmą tym Twoim komputerkiem.
Wszyscy już wyszli. Zamykane drzwi od furgonetki i warkot silnika były ostatnimi odgłosami słyszalnymi tej nocy na tym obszarze Alicante.
Ciche oczekiwanie – II
24 Styczeń 2012
II
17 stycznia 2012, 21:20, Kozienice
Wreszcie dojechałem. Ku moim oczom ukazał się mały, parterowy z żółtymi od zewnątrz ścianami dom. Paliło się jedynie jedno światło. Po tym jak otworzyła się brama, wjechałem na podwórko. Garaż był zamknięty, zapewne spowodowane było to tym, że na dworze panuje straszna ulewa, w dodatku często mamy opady śniegu. Wcisnąłem przycisk na pilocie. Ku mojemu zdziwieniu nie było tam pustego miejsca, a zamiast tego stał samochód. Toyota. W ciemnościach i przy padającym deszczu nie byłem w stanie dokładnie dojrzeć jaki to model. Jedynie kolor był łatwy do zgadnięcia. Srebrzysty pojazd stał w wręcz nienaruszonym stanie. Mój stary Volkswagen Passat nie miał czym się równać do tego, jak mniemam świeżego modelu, który niedawno wyjechał z salonu. Zamknąłem zatem garaż, a swój samochód pozostawiłem na miejscu przed garażem. Zgasiłem silnik i biegiem pobiegłem w kierunku drzwi wejściowych do domu. Pierwsze drzwi były otwarte, szybko schowałem się do małej sieni, były tam trzy pary drzwi – te którymi wszedłem przed chwilą, jedne, białe do piwnicy i jedne, jasnobrązowe zrobione z dębu, które prowadziły bezpośrednio do mieszkania. Zamknąłem za sobą jedne drzwi, a gdy chciałem otworzyć drugie, a gdy chciałem odwrócić się do drugich poczułem uścisk na szyi. Po krótkiej ciszy usłyszałem tylko krzyk radości.
-Danieeeeeeeeeeeel! – krzyknęła, przytulając mnie. -Wreszcie wróciłeś!
Tak zawsze witała mnie po powrocie. Moja kochana mama. Wysoka, szczupła blondynka, której gdzieniegdzie pojawiały się zmarszczki, które mimo wszystko udawało jej się zakrywać masą kosmetyków. Gdy tylko uwolniłem się od objęcia dusiciela odpowiedziałem:
-No cześć. – może trochę bez emocji, ale zawsze coś. -Sama jesteś?
Byłem zdziwiony faktem, że tylko ona mnie wita, zwykle ten dom tętni życiem, jest tu pełno ludzi, zwykle to koledzy Pawła – mojego młodszego brata, którego mimo wszystko brakowało i teraz.
-No sama. – ciągnęła, nieco ze smutkiem w głosie. -Paweł pojechał na obóz, a tata dalej jest w Holandii.
No tak. Przecież są ferie, idealny czas na wyjazd gdzieś na narty. Nigdy nie zapomnę jak tata zabrał nas tam pierwszy raz. Mama strasznie się bała, ja choć jeździłem racjonalnie i bezpiecznie, wciąż byłem strasznie niepewny, w przeciwieństwie do mojego brata – on poczuł wtedy życie, pędził w dół i znowu wjeżdżał na górę, skakał, obracał, kombinował, ale zawsze nawet jak się mocno wywalił był cały i nic mu nie było, a nawet dodatkowo go to nakręcało.
Przeszliśmy do kuchni, akurat trafiłem, bo woda kończyła się gotować. Gorąca herbata mi się przyda. Na dworze mróz, w dodatku ta szalona kobieta. Długo jeszcze rozmawiałem z mamą o tym co się działo od kiedy wyjechałem do Afganistanu. Poza ociepleniem mieszkania nic ciekawego się tu nie wydarzyło. Poza koncertami paru ciekawych artystów i kabareciarzy nie działo się tu nic wartego podkreślenia. Gdy matka poszła spać, postanowiłem jeszcze sprawdzić wiadomości w internecie. Nic ciekawego. Wszędzie tylko o katastrofie smoleńskiej, zmarłych powinno się zostawić w spokoju, a nie szukać jeszcze wśród nich winnego. Wszędzie tylko o tej polityce. Nawet mnie, jako żołnierza mało to obchodzi. Siedząc i usypiając przed monitorem komputera nagle usłyszałem trzask. Zerwałem się i od razu przebudziłem. Co najgorsze, dźwięk wydobywał się z piwnicy. Nieco przerażony wyjąłem glocka z kabury. Cichymi krokami udałem się w stronę sieni, a następnie schodami zszedłem na dół. Było strasznie ciemno, w dodatku jedna z żarówek na korytarzu się spaliła i byłem zdany na światło palące się w jednej z wnęk. Po lewej minąłem dwa małe pokoje w którym zwykle rodzice przetrzymywali zabutelkowane wina i gotowe konfitury. Znowu w moich uszach zabrzmiał dźwięk. Tym razem brzmiało to jak krok, lub upadek jakiegoś małego przedmiotu. To było gdzieś z prawej strony. Graciarnia. Dokładnie poziom pod moim pokojem. Powoli przeszedłem przez próg, zapaliłem światło. Nic, parę wywalonych garnków leżących na ziemi, ale drzwi do następnego pokoju były otwarte. Poczułem nieprzyjemne uczucie kucia w lewym boku. To dziwne. Jestem żołnierzem, czysto teoretycznie patrzę śmierci w oczy codziennie. Ale wtedy wiem kiedy moje życie jest zagrożone i wiem kogo mogę się spodziewać. Tu nie mam zielonego pojęcia kto lub co stanie przed moimi oczami. Lekko zdążyłem przekroczyć próg i odgłos łomotu garnków zabrzmiał za moimi plecami. Podskoczyłem. Jednocześnie obróciłem się w powietrzu o 180 stopni. Widok, który ujrzałem całkowicie mnie zdziwił. Z ulgą odetchnąłem. Obcy, który grasował w piwnicy, nie był ani złodziejem, ani zabójcą tylko kotem. Psika. Takie też imię nosił mój mały, czarny kot. Schowałem pistolet do kabury i wraz z kotem na rękach udałem się na górę. Ku przestrodze zamknąłem za sobą drzwi do piwnicy na klucz. Tak na wszelki wypadek, co by przypadkiem mojej matki nie doprowadził jakiś kocur do zawału. Wróciłem do swojego wcześniejszego miejsca i ostatni raz spoglądając na stronę główną portalu informacyjnego wyłączyłem komputer. Przez ostatnie dwa lata nie mogłem liczyć na spokojny sen, a teraz gdy wreszcie jestem w domu, mogłem się spokojnie położyć i spać ile mi się żywnie podoba.
Jakoś idzie
24 Styczeń 2012
Witam ponownie. Od założenia bloga dwa dni temu, minęło wystarczająco dużo czasu, aby w liczniku na samym dole pojawiła się magiczna liczba wyświetleń 500. Bardzo mnie cieszy ten fakt, a także opinie, które dostaje np. na facebooku czy gadu-gadu, ale od tego macie również komentarze, jak Wy zaczniecie komentować, to przypadkowe osoby, które tu wejdą również napiszą coś od siebie. Miłe też jest, jak ktoś się mnie spyta, kiedy nowy wpis. To bardzo motywuje i mobilizuje do pracy. Zatem po tym krótkim wpisie „dziękczynnym” zapowiadam, że około godziny 14-15 powinniście mieć nowy kawałek tekstu do przeczytania. Komentujcie i wysyłajcie znajomym!
Pozdro!