Gra wstępna – III
lut 11th
III
20 stycznia 2012, 2:50, Alpy
Lecieliśmy już ponad godzinę. Dużo czasu zajęły nam rozmowy i konkretniejsze zapoznawanie się z planem. Każdy z nas kilka razy sprawdził broń, czy wszystko działa i się nie zacina. Naszym oczom ukazał się obraz zamglonego jeziora, kilkaset metrów dalej widać było jakieś światła. Jesteśmy. Diego powoli zleciał na dół i zeszliśmy na ląd. Marsz. Około dwieście metrów. Szybki, pewny krok. Rozglądanie się. Wreszcie naszym oczom ukazał się dom. W zasięgu wzroku również przeciwnicy. Trzech. Dwóch z przodu, jeden z tyłu budynku. Lisicki udał się na wskazane wcześniej miejsce, a ja z Maćkiem i Javierem wskoczyliśmy w pobliskie krzaki. Zimno, wszędzie dużo śniegu. Noktowizory na oczach, rozglądanie się po całej okolicy. Kamil leżał już skupiony. Przyglądał się uważnie. Pierwsze zadanie należało do Javiera. Co prawda nie zrobi tego bez pomocy naszego strzelca, ale zrobi co się da. Nagle odgłos cichego strzału. Upadek gdzieś przed nami. Przeciwnik z tyłu budynku upadł. Hiszpan wykorzystując sytuację podbiegł w miejsce, gdzie leżał martwy przeciwnik. Był pod balkonem. Ciało nieco przysunął w swoją stronę. W chwilę później zza rogu wyszło dwóch innych strażników. Jednak nie wiedzieli oni, że rywalizują ze specjalistami. Javier zawsze w takich sytuacjach miał w ręku pistolet. Strzał w kierunku jednego z nich i w tym samym momencie wystrzał z naprzeciwka. Dwa strzały, dwie ofiary. Tym razem również Lisicki się nie mylił. Nie mógł. Tak wiele od niego zależało, że to nie było możliwe teraz. Wraz z majorem udałem się szybko w stronę przodu mieszkania. Ja z jednej, on z drugiej strony drzwi frontowych. Nasz latynoski przyjaciel wdrapał się na balkon. Światło w pokoju z zasilaniem było zapalone. W środku jeden przeciwnik. Odwrócony w drugą stronę, a okno otwarte. Wyjął zawleczkę od granatu dymnego i cichym ruchem położył go na biurku, które było bezpośrednio pod oknem wewnątrz. Gęsty dym rozprzestrzenił się po całym pomieszczeniu, ale ochroniarz nawet tego nie zauważył. Nóż wbił mu się w krtań i lekko położony na ziemię zapadł w wieczny sen. Dopadł do zasilania. Dużo przełączników zostało przesuniętych w stronę napisu „OFF”. Zapadła ciemność. Wpadliśmy szybko przez frontowe drzwi. Nawet jeśli przeciwnik się nas spodziewał, to pewnie zaskoczył go fakt, że przyszliśmy frontem i to bez pukania. Pewnie czekał aż grzecznie zapukamy i spytamy, czy możemy odebrać tajne dane naszego kochanego premiera. Tak. Na pewno tak myślał. W korytarzu ciemno i bez wrogów. Następne drzwi prowadziły do wielkiego salonu ze schodami. Wiedzieliśmy, że ktoś tam jest. Lekko uchyliliśmy drzwi, błysk w środku i wchodzimy. Karnicki świetnie wiedział jak rzucać błyskowe. Schowaliśmy się za jednym z biurek. Po szybkim, strategicznym obmyśleniu planu działania i zlokalizowaniu przeciwników udałem się nieco dalej, pod okno. Tam stał stół, który po chwili już leżał i stanowił osłonę. Usłyszałem huk. Ech ten Maciek. On nigdy z tego nie wyrośnie, zawsze gdy coś się dzieje on nie może się powstrzymać. Rzuca odłamkowymi na lewo i na prawo. To jego żywioł. Nie widziałem gdzie dokładnie rzucił, ale po chwili obok mnie wylądowało coś. Nawet nie coś, a dokładnie wiedziałem co to – czyjaś ręka. Oby nie Karnickiego. Wyjrzałem zza osłony i rozpocząłem ostrzał z mojej mp5. W całym pomieszczeniu poza mną, było pięciu przeciwników. Trzech na parterze, dwóch na piętrze. Granat narobił nieco zniszczeń w podłodze na piętrze. Martwy leżał jeden, a raczej jego resztki. Chyba dostał przesyłkę specjalną prosto pod nogi. Czasu nie mieliśmy długo, bo pewnie ktoś już poszedł przywrócić zasilanie. Jego brak spowodował wiele zamieszania i zdekoncentrował naszych przeciwników. Oddałem dwa strzały. Druga postać na górze lekko się zachwiała, trafiłem w ramię, a drugi pocisk przeleciał obok. Kolejne trzy strzały. Jeden w drugie z ramion, następny przeleciał obok. Trzeci. Trzeci się nie mylił. Prosto w serce. Dla bezpieczeństwa poszły kolejne cztery strzały. Wszystkie tym razem trafiły. Maciek, jak już zdążyłem zauważyć zabił jednego z trzech przeciwników na parterze. Wstałem i oddałem dziesięć strzałów. Pierwsze trzy trafiły w nogi jednego z przeciwników, kolejne dwa były niecelne. Trzy następne trafiły w pierś drugiego z przeciwników, ale dwa ostatnie strzały. To była definicja celności. Jedna kula trafiła w policzek, a druga prosto między oczy. Upadł od razu. Maciek stanął nad leżącym przeciwnikiem, tym który dostał w nogi i oddał strzał prosto w głowę. Czysto. Wskazałem ręką kierunek w który musieliśmy się udać. Po lewej schody na dół, a przed nami na górę. Weszliśmy po schodach. Udaliśmy się tam w celu znalezienia niezbędnych nam komputerów. Przez radio skontaktowaliśmy się z Javierem. Powiedział, że znajduje się wciąż w pokoju z zasilaniem i obok chyba jest nasz cel. Weszliśmy na górę. Dwie drogi – prosto i w lewo. Karnicki poszedł prosto, a ja skręciłem w lewo. Na ścieżce trójka drzwi. Jedne po lewej i dwoje po prawej. Zacząłem od pierwszych po prawej. Pusto. Jedno łóżko, biurko, dwa fotele i telewizor na ścianie. Nic co by mi było potrzebne. A może jednak. Nie zauważyłem wcześniej barku stojącego w prawym rogu pomieszczenia. To co zobaczyłem, gdy go otworzyłem trochę mnie podnieciło. Odruch z młodości. Tyle alkoholu co tam było to jeszcze nie widziałem. Jak widać nasz wspaniały premier Tuwalski jest alkoholikiem, albo jakimś degustatorem. W popielniczce stylizowanej na egipską leżały pety po papierosach. Obok paczka Marlboro i zapalniczka na benzynę. A co mi tam. Wezmę. Warto będzie mieć coś na odstresowanie po misji. Wyszedłem i udałem się do drzwi po lewej. Przez radio usłyszałem głos Maćka:
-Mam Javiera. -powiedział zdyszanym głosem. – Idziemy do Ciebie.
-Przyjąłem, bez odbioru.
Otworzyłem drzwi po lewej. Też nic. Mały schowek. Kilka mopów, szczotek, szmat, płynów i innych chemikaliów. Ciekawe kto tu sprząta. Nagle usłyszałem dźwięk odblokowania pistoletu. Czułem na całym ciele, że wyraźnie ktoś we mnie mierzy. Nie odwracałem się, ale po chwili usłyszałem głos nieznajomego.
-Widzę, że ktoś nieproszony narobił tu bałaganu. -powiedział. -Może wypadałoby posprzątać?
Kątem oka go dojrzałem, wysoki, dobrze zbudowany, reszta była ciężka do opisania, bo mimo noktowizora na oczach niewiele widziałem, a w dodatku był w dziwnym kombinezonie. Impulsywnie kopnąłem go nogą w krocze nie odwracając się. Następnie prawą nogą uderzyłem tym samym obracając się w lewo. Dostał w twarz. Upadając trafił mnie chyba nogą w ręką, a przez to z ręki wyleciał mój pistolet. Przeciwnik padł na ziemię, lecz już po chwili był w pozycji siedzącej. Od razu pobiegłem po broń, lecz nim dobiegłem usłyszałem strzał. Całe moje życie przeleciało mi przed oczami. Amelia, Diana, brat, tata, mama, koledzy ze szkoły, generał. Pierwszy pocałunek, pierwszy seks, pierwszy alkohol, pierwszy papieros. Pierwsza misja, pierwsza rana i pierwszy zabity człowiek. Zobaczyłem całe moje życie.
Gra wstępna – II
lut 6th
II
19 stycznia 2012, 22:43, Warszawa
-O Boże! -krzyknąłem, ale cicho.
Sen. To był tylko zwykły sen. Nic poważnego. Sny się na ogół nie sprawdzają. Tym bardziej, że ten był raczej niemożliwy. W najbliższym czasie nie zamierzam raczej udawać się do Brazylii. Spałem ponad trzy i pół godziny. Nie jest źle. Da się przeżyć. Amelia czytała w drugim pokoju książke. Bodajże „Sagę o ludziach lodu”, ale nie byłem w stanie dostrzec. Spojrzała się na mnie, ale nic nie powiedziała. Tylko się uśmiechnęła. Tak po prostu. Udałem się do łazienki, aby wziąć kąpiel, a raczej – szybki, zimny prysznic. Zawsze najbardziej pobudzała mnie zimna woda. Napoje energetyczne, albo kawa zwykle powodowały że robiłem się senny. Dlatego teraz, gdy energia mi była potrzebna musiałem się rozbudzić już na starcie. Po prysznicu spakowałem się, przejrzałem czy niczego nie zostawiłem . Postanowiłem się jeszcze pożegnać z Amelią. Wszedłem do jej pokoju, już w kurtce, ale bez butów. Spojrzała na mnie z uśmiechem, chyba chciała coś powiedzieć, ale nie dałem jej dojść do słowa.
-No to ja już chyba będę leciał.
-Dobrze, ale mam nadzieję, że w najbliższym czasie jeszcze wpadniesz.
Jeśli wszystko dobrze pójdzie będę tu co chwilę nocował. Może nawet adres zamieszkania zmienię. Pomachałem ręką na pożegnanie i wyszedłem. Na dworze ciemno, ale na szczęście sucho. Usiadłem za kierownicą i wyjechałem. Piątek wieczór. Korki. Masa ludzi na ulicach – po prostu – nocne życie. Trochę byłem głodny, jednak ku mojej radości po drodze natknąłem się na całodobową budkę z kebabem, która była już przy samym wyjeździe z Warszawy. Zjadłem ze smakiem, a następnie ruszyłem dalej. Już było po północy, a więc trochę czasu jeszcze miałem. Jechałem przez las, ciemno, lekka mgła. Nauczkę już jedną miałem, gdy jechałem do Kozienic. Niektóre miejsca poznawałem i wiedziałem gdzie może coś wyskoczyć. Kiedyś wujek skasował tu cały samochód, gdy sarna mu wyskoczyła – jemu na szczęście nic się nie stało, ale samochód nadawał się tylko na złom. Powoli dojeżdżałem, znajome budynki i duży komin po lewej. Wreszcie po prawej wjazd na miejsce. Piętnaście minut przed pierwszą. Dobrze, że wcześniej wyjechałem, bo jednak korki mi trochę czasu zajęły. Na miejscu dojrzałem element, którego tu nigdy wcześniej nie było – helikopter. Nie był to żaden z tych, który jakiekolwiek polskie jednostki miały w posiadaniu. Wszedłem do magazynu, drzwi było o dziwo otwarte na oścież. Przy stole pojawiły się zarówno znajome twarze, jak i te, które widziałem jedynie na zdjęciach. Karnicki, Garaś, Lisicki i czwórka nieznajomych, a dokładniej „znajomych” z Hiszpanii. Jeden rzucił się w oczy, miał maskę, ale zdjętą, po prostu leżała na głowie jak okulary. To zapewne Andres. Na stole leżała mapa zakreślona w niektórych miejscach czerwonym markerem. Zostałem przywitany, spojrzeniem, ale również podaniem rąk.
-Cześć. -zabrzmiał polski, z bardzo śmiesznym hiszpańskim akcentem.
To był Javier. Jak się okazało, Javier jest w połowie Polakiem, a jego matka urodziła się i wychowywała w Gdańsku. Właściwie to dobrze. Będzie osobą odpowiedzialną za kontakt w naszej grupie. Odwróciłem się i zobaczyłem dwie postacie wchodzące do pokoju. Górski i Pawłowski. Obaj pracowali w tej samej branży. Jeden był celnikiem na lotnisku, zaś drugi był stewardem. O dziwo, mogli się tu przydać, obaj nieco znali hiszpańskiego i pomogą w komunikacji z Garasiem temu, kto tu zostaje. A ze wstępnych planów miał być to Diego i Miguel. Zacząłem słuchać monologu majora Karnickiego.
-Tu, w tym miejscu zostaniemy wysadzeni. -pokazał palcem mapę w miejscu zaznaczonym czerwonym kółkiem i literką A. -Następnie, ja, Javier i Daniel przejdziemy tutaj, a Lisicki tu.-przesuwał palcem po mapie, na której zostały ukazane następne miejsca oznaczone literami B i C. -Gdy operacja się rozpocznie, Javier przejdzie do jednej z rynien i po niej wdrapie się na górę. Stamtąd wejdzie do pokoju sterownia i odetnie prąd.
-Skoro odetnie prąd, to jak będą działały komputery? -powiedział generał.
-Komputery mają oddzielne zasilanie, które znajduje się w piwnicy. Lisicki, będąc na pozycji będzie wysłuchiwał naszych poleceń i dostrzeżeń. Wszyscy oczywiście akcję przeprowadzimy w noktowizorach. Gdy już Javier odetnie prąd, a Lisicki, załatwi tych, którzy stoją nam na drodze. W budynku będzie już ciemno, więc może sięganie po najwyższe środki, nie będzie aż tak potrzebne. Aczkolwiek brak prądu wywoła konsternacje. A ochrony jest około dziesięciu, może dwunastu chłopa.
-Główne zadanie? -zapytał Garaś.
-Jak już wiadomo komputery, a dokładniej to co na nich jest. Wszystkie dokumenty, plany, cokolwiek podejrzanego na komputerze premiera.
-Plan ewakuacji?
-Dwie możliwości. Jedna to przejście na drugą stronę jeziora, z tego co wiemy, nie jest zamarznięte więc albo pieszo dookoła, albo jedną z motorówek Tuwalskiego, które stoją w jego przystani nad jeziorem. -pokazał palcem na mapie punkt oznaczony literami E i F.
-A druga? -wtrąciłem się.
-Bardziej ekstremalna. Gdy nie będzie czasu i trzeba będzie szybko reagować jest dach. Wbiegamy szybko na górę, a Diego po nas przylatuje.
-A gdzie będzie zanim przyleci?
-Może od góry obserwować, albo gdzieś czekać. Zawsze jest możliwość że będzie nam potrzebna jego pomoc w walce.
-To znaczy?
-Ostrzał budynku, jeśli okaże się, że sami nie damy rady.
Ciekawe. Może być bez dużej ilości ofiar, a może też być teksańska masakra. W tym przypadku hiszpańsko-polska. Wszyscy spojrzeli na Karnickiego.
-No więc to chyba na tyle. Jest już wpół do drugiej. Panie Generale, mówił Pan o wyposażeniu, co zatem dostaniemy?
Garaś machnął ręką abyśmy poszli za nim. W małym pomieszczeniu do którego wchodziło się bezpośrednio z magazynu było nieco sprzętu.
-Każdy dostanie pistolet maszynowy MP5SD6, pistolet M9 z tłumikiem, do tego po dwa granaty błyskowe i dymne.
-A odłamkowe? -zapytał Javier.
-Zastanawiałem się nad tym i pomyślałem, że to będzie zbędne. A Ty majorze, jak uważasz?
-Myślę, że przynajmniej po jednym przydałoby się mieć. -odparł Karnicki.
-Skoro tak to dlaczego nie. Lisicki dostanie dodatkowo SWD Dragunowa.
-A właśnie, zapomnieliśmy. Jak Lisickiego ewakuujemy? -zapytałem.
Karnicki spojrzał na mnie, następnie na Lisickiego, po czym złapał się za głowę.
-No tak. To zależy od naszej ewakuacji. Jeżeli będzie to pierwszy rodzaj ewakuacji to wtedy dojdzie do nas i razem udamy się do miejsca ewakuacji. Zaś jeśli będziemy korzystać z dachu to Kamil uda się w pełnym biegu w kierunku domu. Gdy nam się uda wyeliminować wszystkich to już wcześniej zawiadomimy Cię, a Ty będziesz miał więcej czasu dojść do nas.
-Dobra panowie. Łapcie sprzęt i trzeba się zbierać. Macie trzy minuty do odlotu. -rzekł generał Garaś.
Szybko założyłem co potrzeba. Oczywiście generał zapomniał wspomnieć, że ma również dla nas noktowizory, kamizelki kuloodporne i kominiarki, ale to była podstawa o której każdy wie i o której nie trzeba wspominać. O dziwo, okazało się, że razem z nami poleci Andres, który początkowo miał zostać z Miguelem w magazynie. Wsiedliśmy do helikoptera i parę chwil później z naszych oczu zniknął obraz magazynu.
Gra wstępna – I
lut 4th
Gra Wstępna
I
2 luty 2012, 12:15, Sao Paulo
Leżałem na dachu domu, który stał przy jednej z wielu niewielkich ulic w Sao Paulo. Skupiony obserwowałem przez lornetkę budynek, niczym charakterystycznym się nie wyróżniający ponad inne. Właściwie to wszystkie budowle w brazylijskich fawelach wyglądają tak samo. Biedę w tych dzielnicach widać gołym okiem, nie trzeba się dopatrywać. Brak szyb w oknach, nie wszędzie były drzwi. Mokre ubrania wiszące na czym się dało. Jednak ten budynek miał w sobie coś innego. Nie było tego widać, ale to się czuło. Patrząc na niego, ciarki przechodziły po całym ciele. Bacznie patrzyłem i wyczekiwałem.
-Wreszcie -westchnąłem.
Z budynku wyszedł latynoski mężczyzna. Ponad dwa metry wzrostu, bezrękawnik i krótkie spodenki. Nie wyróżniał się za bardzo z tłumu. Jednak tkwiło w nim coś przeraźliwego. Wsiadł na motor, który stał obok domu. Fakt posiadania pojazdu, już stanowił rzecz, która odróżniała owego człowieka od reszty ludzi żyjących w slumsach. Odjechał. Nie wiem na ile, ale to się teraz nie liczyło. Całe szczęście dom na którym byłem nie był wysoki, a obok stała góra piachu. Szybko zeskoczyłem na nią po czym udałem się do obserwowanego wcześniej budynku. Czysto. Nikogo nie ma, żadnych urządzeń ochrony również brak. W pokoju, na ścianie, jeden mały rysunek. Malowany przez dziecko. Było widać na pierwszy rzut oka. Dwie postacie – mała dziewczynka, zapewne córka i wysoki mężczyzna – jej ojciec. Na dole był tylko mały napis niebieską kredką po portugalsku, brzmiał „para o pai”. Z tego co pamiętałem znaczy to „dla taty”. Ledwo co mogłem się rozczytać, ale to akurat nie było ważne w tym momencie. Odkleiłem obrazek od ściany. Dziura, za łatwe jak na tajemną skrytkę. Włożyłem rękę. Nic, nic, nic. I nagle. Poczułem coś metalowego. Klucz. Jednak to nie było to czego szukałem. Tak więc teraz muszę szukać zamka. Chodziłem, rozglądałem się po domu. Ciągle nic. Stał tam również stary fotel. Usiadłem by odpocząć. Co prawda nie mogłem za długo, ale chwila skupienia była potrzebna. Gdy siedziałem, poczułem, że coś jest nie tak. Jakby podłoga się kołysała. Wstałem i odsunąłem fotel.
-Mam Cię. -powiedziałem.
Pod fotelem było zamknięte na kłódkę przejście. Otworzyłem je znalezionym wcześniej kluczem, a następnie drabiną zszedłem na dół. Było ciemno, musiałem zapalić latarkę, którą miałem za pasem. Trochę poświeciłem i znalazłem włącznik. Właściwie nic tam nie było. Stary piecyk, stół z narzędziami, stare krzesło, mała żarówka i jakaś metalowa przykrywka na ścianie. Właśnie. Przykrywka. Dopadłem do niej, ale niestety – była zamknięta, również na klucz. Długo przepatrywałem stół z narzędziami, podłogę, wszystko dookoła. Przy piecyku również nie było nic ciekawego, a czasu miałem coraz mniej. Otworzyłem piecyk, co prawda to możliwie głupie rozwiązanie chować coś w czymś, co właściwie jest nieobliczalne. Przecież to może wybuchnąć. W środku piecyka dojrzałem coś dzięki czemu mogłem osiągnąć cel. Cztery śrubki przykręcały małą blaszkę do ścianki. Szybko dorwałem śrubokręt ze stołu po drugiej stronie pokoju i wziąłem się za odkręcanie owej blaszki. Ciężko było dojrzeć, ale w końcu zobaczyłem – malutki kluczyk, wielkości identycznej jak te które strzegły dostępu do pamiętników małych dzieci. Doszedłem do skrytki i włożyłem kluczyk. Pasował. Po otworzeniu moim oczom ukazał się mały, niebieski pendrive. To jest właśnie to, po co tu jestem. Szybko wyszedłem na górę, nawet nie sprzątając po sobie. Gdy wszedłem już na górę otrzepałem się z kurzu. A właściwie to otrzepywałem. Nie zdążyłem dokończyć. W moich uszach zabrzmiał strzał i upadłem pierw na kolana, a następnie cały na podłogę. Cała podłoga zaczęła pływać we krwi.
Ciche oczekiwanie – X
lut 2nd
X
19 stycznia 2012, 14:08, Warszawa
Kolejny dzień, miał być również spokojny. Po obudzeniu się o dziwo nie miałem żadnych problemów typu ból wątroby czy głowy. Owszem, nieco suszyło w gardle, ale było to do przeżycia. W powietrzu unosił się apetyczny zapach. Wyszedłem spokoju i od razu wszedłem do kuchni. Stała i smażyła na patelni śniadanie. Może potrawa bardzo popularna na śniadanie, ale jednak dobra. Smażony boczek to jest to, co niezależnie od pory dnia i nocy mogłem jeść zawsze. Nawet o czwartej nad ranem. Gdy na nią spojrzałem łatwo wywnioskowałem że nie wstała zbyt dawno temu. Choć mimo wszystko, zauważyłem że niektóre piękne kobiety, mają to do siebie, że nawet po śnie w najgorszej pozycji nie wyglądają jak ja. Zawsze mają ładne, ułożone włosy, które zwykle u mnie po obudzeniu przekrzywiają się w różne strony, tworząc tym samym różne fale na mojej głowie. Usłyszała chyba moje kroki, bo się odwróciła. Uśmiechnęła się jedynie, ale nic nie mówiła. Miałem się jej zapytać czy by nie pomóc, ale nie zdążyłem, bo przede mną już leżał talerz i stał kubek z kawą. Rozpuszczalną. Czarnej nigdy nie piłem i nie miałem zamiaru. Z wczorajszej rozmowy dowiedziałem się między innymi, że Amelia jest absolwentką Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, a obecnie jest na stażu w Szpitalu Bielańskim. Dziwiło mnie trochę, że w czwartek – dzień roboczy jest w domu.
-Właściwie to dlaczego w domu jesteś? -zabrzmiało to tak, jakby mi przeszkadzała jej obecność.
-Wolne w pracy, wiedziałam, że Twoja wizyta nie pozwoli mi wstać za wcześnie. -uśmiechała się, jak zawsze.
No tak, po co komuś w pracy ktoś kto nie pracuje tak jak powinien. Tak samo pracowałyby szympansy. Ze smakiem zjadłem to co zostało mi zaserwowane pod nos. Po śniadaniu, a raczej pierwszym posiłku musiałem znaleźć zajęcie na resztę dnia. Coś relaksującego. Tylko co? Nic ciekawego w dziedzinie sportu się nie miało miejsca. Koncertów brak. Niby ferie są, ale nic ciekawego się nie dzieje. Teraz ferie dla młodych to granie na komputerze lub picie alkoholu. Całe szczęście, gdy ja byłem w ich wieku panowały całkiem inne priorytety. Owszem, piło się alkohol, ale nie był to powód do chwalenia się innym i robienia tego pod publikę. Komputery jeszcze nie były aż tak powszechne, choć zawsze było coś elektronicznego do grania w domu. Wolałem jednak iść na sanki, lepić bałwana, iglo, lub po prostu porzucać się śnieżkami i poturlać w zaspach. Chyba już wiedziałem co będę robił. Basen i sauna to świetne, relaksujące rozwiązanie, a następnie w późne popołudnie drzemka, dzięki czemu na akcję będę rześki i wypoczęty. Ku mojemu zdziwieniu, Amelia stwierdziła, że idzie ze mną. Rzadko mogę się spotkać z czymś takim, nigdy nie byłem z nią na basenie, nie wiem czy się wstydziła, bo szczerze – nie miała czego. Może po prostu bała się, że w napływie impulsu głupoty postaram się jej zdjąć strój kąpielowy. Nic takiego nie miało miejsca tym razem, basen i sauna minęły szybko, zanim wróciłem do domu, a dokładniej „pokoju hotelowego” była już 19. Cztery godziny snu dobrze mi zrobią.
Szkoła, hołdy i cierpliwość
lut 1st
Witam was ponownie, tym razem nie jako Daniel, lecz jako Norbert. Tak więc może od początku. Skończyły mi się ferie i ciężko mi jest coś wyskrobać. Do tego dochodzi rozgardiasz związany ze zdjęciami studniówkowymi po które to przychodzą do mego mieszkania maturzyści. W dodatku jeszcze masa jakichś prac i innych w szkole. Chciałbym podziękować również za wszystkie pochwały, które na mnie spływają w ostatnim czasie, zwłaszcza za rozdział 2.9. Dodatkowo prosiłbym o cierpliwość, gdyż nie mam po prostu czasu pisać, wiem co muszę napisać, ale nie mam czasu tego zrobić. Kończę powoli i wszystkich którzy jeszcze nie polubili mojego fanpage’a na facebooku odsyłam tutaj!
Pozdrawiam!
@Edit. Zapomniałem dodać, że dodatkową motywacją dla mnie, jest to, że rozdział 2.9 został dodany przez administratorów na stronę główną serwisu blog.pl – gdzie trafiają najciekawsze i najlepsze wpisy wszystkich blogów w owym serwisie
Ciche oczekiwanie – IX
sty 30th
IX
18 stycznia 2012, 19:43, okolice Warszawy
Dojeżdżając powoli do magazynu zacząłem się zastanawiać co z nocą. W magazynie nie da się spać, a przydałoby się zakwaterowanie gdzieś bliżej. Do głowy przyszła mi od razu jedna osoba – Amelia. Była to moja najlepsza i chyba jedyna przyjaciółka z młodzieńczych lat. Niewysoka blondynka o ładnych, subtelnych kształtach i niebieskich oczach. Gdybym miał pisać autobiografię to zapewne o moich wspomnieniach z nią związanych byłoby najwięcej stron. Musiałem do niej zadzwonić, po przejrzeniu kontaktów w telefonie, okazało się, że nie mam jej numeru. Ktoś by powiedział – pech. Jednak pamięć czasem się przydaje. Tak było i tym razem. Szybko wklepałem z pamięci numer i przyłożyłem telefon do ucha w oczekiwaniu. Sygnał, sygnał i wreszcie…
-Słucham? -w słuchawce zabrzmiał głos. Głos, dzięki któremu ciarki mi przeszły po całym ciele. Nagle w ciągu ułamka sekundy przez moją głowę przeleciały setki wspomnień. Pierwszy alkohol, pierwsze pocałunki, szalone młodzieńcze lata. Z perspektywy czasu twierdzę, że byłem głupi, ale kiedyś inaczej na to patrzyłem. W tej sytuacji mam łatwe twierdzenie – nie żałuj niczego co kiedykolwiek wywołało na Twojej twarzy uśmiech. Po lekkiej chwili zapomnienia wróciłem głową do teraźniejszości i odpowiedziałem:
-Amelia? -wiedziałem, że to ona, ale zawsze jakoś trzeba zacząć.
-Daniel?! -w jej głosie znowu usłyszałem „to coś”, co miała w sobie gdy mówiła coś podniecającego. Miała jednak bujną fantazje. Nie poznałem jeszcze nikogo, kto by z takim podtekstem erotycznym mówił o… kisielu. Ech. Znowu „odleciałem”, mimo wszystko Amelia była osobą przy której trudno było się skupić.
-No tak. -rzuciłem. Ale nie mogłem nawet za dużo powiedzieć, bo w słuchawce znów usłyszałem lekki krzyk:
-O Boże! Daniel! Z półtora roku Cie nie widziałam! Co u Ciebie? -nie byłem pewny, ale w jej głosie słychać było podniecenie.
-Dobrze. Słuchaj, nie mogę za bardzo rozmawiać, ale mam prośbę. Przenocowałabyś mnie dzisiaj?
-No właściwie mogłabym. A co się dzieje?
-Opowiem Ci jak przyjadę. -rozłączyłem się. Po skręceniu w prawo moim oczom ukazał się wielki budynek, a w jego okolicy kilka równie dużych. Zaparkowałem obok czarnego Opla, który należał do Marcina Górskiego – jednego z wielu celników na Okęciu. Zamknąłem samochód już z pilota i zapukałem do wielkich metalowych drzwi. Odsunęło się małe okienko z którego wyglądał generał Garaś.
-Hasło? -zapytał.
To takie filmowe. Tajne hasła, na tajne spotkania, ale co prawda – przydawało to się. W końcu nie trudno znaleźć mojego sobowtóra, dzięki mojemu charakterystycznemu wyglądowi wiele osób po prostu mnie myli. Odpowiedziałem trzy wyrazowym zdaniem. Małe okienko zasunęło się i nagle usłyszałem dźwięk potężnego zamka. Przede mną ukazała się sylwetka generała Garasia. Wszedłem do środka. Na środku stał stół z masą zdjęć, papierów i ośmioma krzesłami wokół. Po lewej i prawej stronie było pełno kartonów i skrzynek. Niektóre z nich były otwarte i było widać magazynki, karabiny i granaty. Dochodząc do środka pokoju zauważyłem, że są prawie wszyscy. Brakowało jedynie Maćka Karnickiego – żołnierza, a zarazem członka agencji ochrony prezydenta. Wszyscy pozostali byli, siedzieli i czekali. Zbliżała się godzina dwudziesta. Wszyscy zajęli się prywatnymi rozmowami, gdy nagle zabrzmiało mocne pukanie. Garaś wstał i podszedł do drzwi. A jednak punktualny. Do magazynu wszedł, cały mokry, Maciek Karnicki. Uważnie przyglądając się sytuacji zauważyłem, że powiedział coś ważnego generałowi. Po usłyszeniu wiadomości mina naszego dowódcy nie była najlepsza. Podeszli do nas, po czym z ust Garasia padło zdanie:
-Major Karnicki ma nam coś ciekawego do powiedzenia. -słowa, które zapewne wstrząsnęły częścią moich towarzyszy siedzących obok. Mrocznej atmosferze towarzyszyło stukanie deszczu o szyby w dachu. Zdyszany żołnierz usiadł na chwilę, zaczął sapać, po czym wstał i zaczął mówić:
-Ciekawego to mało powiedziane. Dzisiaj byłem w pokoju prezydenckim, gdzie to usłyszałem rozkaz, który zapewne już wszyscy z was znają. -spojrzał na generała, a następnie przeleciał wzrokiem przez wszystkich obecnych. -Jeżeli jesteście dobrze poinformowani to zapewne wiecie, że nie omieszkałem tam zamontować pewnego dnia podsłuchu. -wyjął z kieszeni małego pendrive’a i machnął ręką w stronę Grześka Grobickiego – policjanta z Warszawy. Ten wyjął ze swojej torby laptopa i podał go Maćkowi, włączył go i włożył małe urządzenie z boku komputera. Parę razy uderzył w touchpada i powiedział:
-Posłuchajmy. -rzekł stojąc wręcz na baczność.
-T… wprowadz…y? Poczek… a…że… spot… nadzwyczaj… -nagranie było strasznie niewyraźne, szelesty, szumy i mocno zniekształcony głos, słychać było również lekko wyraźny śmiech. -Chyb… cza… na wejś… wło…zadzw…o…ego…późni… a tera… odź.
W całym pomieszczeniu zapadła cisza. Nikt nie wiedział co dokładnie powiedzieć, aż w końcu milczenie przerwał Józef Machniewski – członek GROMu.
-A więc co z tych szelestów można wywnioskować? -powiedział niski, szczupły, ale za to przebiegły facet.
-Prezydent z premierem chcą coś „wprowadzić”. -rzekł Karnicki. -Z naszych domysłów wynika, że chodzi o stan wojenny, a dokładniej „wyjątkowy”.
-Z jakiej racji chcą go niby wprowadzić? -zapytał Górski. -Przecież nie ma zagrożenia wojną.
-Ano właśnie i tu jest haczyk. Otóż 31 września 2011 roku prezydent Michał Kamiński podpisał ustawę na mocy której, śmiem zacytować: „Stan wyjątkowy może zostać wprowadzony w obliczu bezpośredniego zagrożenia w cyberprzestrzeni.”.
-Zagrożenia w cyberprzestrzeni. Czyli ataki hackerskie na strony rządowe już się w to wliczają? -dodałem zmieszany.
-Dokładnie. Ale w rzeczywistości to może być tylko przykrywka. Większość polityków nawet nie wchodzi na swoje strony. Rząd już od czasu ostatnich wyborów to wszystko planuje.
-To wszystko? -zapytał generał.
-Nie. Mamy informacje od naszych znajomych z wywiadu belgijskiego o tajnych spotkaniach w podziemiach budynków rządowych. Ponoć był tam nasz premier – Tuwalski.
Wielu z obserwatorów rozmowy patrzyło z lekkim zdziwieniem. O ile możliwe są spiski wewnątrz naszego kraju, o tyle nasi politycy rzadko włączali się w międzynarodowe spiski i umowy. Karnicki wyjął ze swojej torby kilka zdjęć.
-Wiem również, gdzie możemy się dowiedzieć co to za spisek. -podał generałowi jedno ze zdjęć. -To mały domek letniskowy, gdzie nieoficjalnie spotyka się nasz premier z politykami z innych krajów, którzy również nie chcą aby ktoś wiedział o owych spotkaniach. -ciągnął major. -Problem jest taki, że jest tam niezła ochrona i ciężko będzie wejść bez zauważenia i żadnych eliminacji.
-A skąd tam mamy się dowiedzieć o tym wszystkim niby? -zapytał Machniewski.
-Po pierwsze – komputer. Premier trzyma tam wszystko, każda data, godzina, nazwa, powód. Dosłownie wszystko jest tam, czego potrzeba. A gdyby jednak nie było – w piwnicy są szafy z aktami.
Generał Garaś stał zamyślony obserwując zdjęcia. Po chwili namysłu i przeglądu sali rzekł do majora Karnickiego:
-Potrzebna jest zatem jakaś operacja jak mniemam. Tak?
-Dokładnie.
-Ile osób obejmuje akcja wg Twojego planu, który jak mniemam posiadasz?
-Czterech na ziemi plus ktoś, kto by ich stamtąd odebrał po akcji. Domek leży w górach, obok niego jest co prawda małe jezioro, ale to nie raczej nie będzie kluczowym elementem.
Wstałem, rzuciłem okiem na mapę. Jezioro było racja – nie duże, ale koło 200-300m dało się przepłynąć. Spojrzałem w stronę Maćka i zapytałem:
-Czterech ludzi na lądzie powiadasz?
-Tak, z czego jeden snajper.
Wszystkie oczy w pomieszczeniu spojrzały w stronę Kamila Lisickiego. Kamil był snajperem, który służy w rządowych jednostkach antyterrorystycznych, karabin snajperski miał opanowany do perfekcji, więc nie był on dla niego żadną tajemnicą.
-Więc kto i kiedy? -spytał generał.
-Od nas będzie trzech. Lisicki, Wyszyński i ja będziemy się świetnie do tego nadawać.
-Zaraz, zaraz. Jak to „od nas”? W tej grze jest ktoś jeszcze?
Major Karnicki znowu sięgnął do torby, wyjął sylwetki czterech osób i położył na stole.
-Oto nasi współpracownicy. Javier – szpieg, cichy zabójca, świetnie obeznany w komputerach. -wskazał palcem na jedno ze zdjęć. Ten drugi tutaj to Miguel – hacker, który będzie nam pomagał z komputerami tutaj. Andres – zawsze ma na sobie dziwną maskę, jest typem od brudnej roboty, potrafi załatwić wszystko co potrzeba, wystarczy tylko trochę czasu, a w dodatku to lider ich grupy i ostatni to Diego – pilot helikoptera. Na akcje mieliby się udać z nami Javier i Diego.
Generał Garaś pokręcił nieco głową z przeładowania. Nie wiedział już o co w tym wszystkim chodzi. Może był za stary, ale teraz wiek był najmniejszym problemem.
-A ten domek to jak mniemam jest w Tatrach? -powiedział, ale chyba z przymusu co by coś powiedzieć.
-Nie. W Alpach.
-Więc kiedy mamy się przygotować i odlecieć? -zapytałem, nieco zaskoczony.
-20 stycznia, 1:15 – tutaj zbieramy się, a o 1:40 wylatujemy.
-Ile zajmie nasz lot?
-Dwie godziny, więc będzie dużo czasu zanim zrobi się widno.
Nasz dowódca złapał się za głowę, nie dlatego, że plan był zły, dlatego, że go po prostu bolała. Zaczął chodzić wokół stołu, długo trwała cisza, która zapanowała po ostatnich słowach Macieja. Po dość długim rozmyślaniu generał wreszcie westchnął po czym odpowiedział:
-Dobrze. Zgadzam się na to. Będę tu już o 1szej, by przygotować dla was sprzęt.
-Dziękujemy generale. -rzekł Karnicki po czym zasalutował.
-Zatem koniec spotkania. W razie konieczności będę dzwonił.
Założyłem płaszcz i szybkim krokiem wyszedłem z magazynu. Nie spoglądałem na to co robią inni. Na dworze wciąż strasznie lało, a widoczność była bardzo niska. Wsiadłem do samochodu i odjechałem. Droga do Warszawy, a dokładnie do mieszkania Amelii nie była daleka. Zaledwie dziesięć kilometrów, ale w tych warunkach niestety, ale trzeba uważać. Trasa minęła dosyć szybko i bez przeszkód. Nie wpadła mi pod koła żadna szalona kobieta, to chyba dobry znak. Nie łatwo było znaleźć miejsce parkingowe na tym osiedlu. Jednak mimo słabego oświetlenia udało mi się znaleźć miejsce obok czerwonego nissana. Założyłem kaptur i szybko wbiegłem do klatki, całe szczęście drzwi nie były zamknięte, więc nie było problemu moknięcia i dzwonienia domofonem. Wchodzenie po schodach akurat nigdy nie należało do moich ulubionych sportów, ale szybko dotarłem na trzecie piętro. Zapukałem. Raz, drugi, trzeci. Nic. Może śpi i zostawiła otwarte drzwi dla mnie, ale raczej nigdy tak nie robiła. Przekręciłem gałkę drzwi i wszedłem do środka. Po prawej w kuchni nic, w pokoju po lewej też nic. W łazience ciemno. Obok łazienki był jeszcze jeden pokój. Drzwi były przymknięte, ale widać było zapaloną lampkę. Lekko pchnąłem drzwi, wszedłem do pokoju i niestety też było pusto. Aż tu nagle poczułem ucisk na szyi. Mocne duszenie. Po chwili jednak ustało, odwróciłem się, a tam stała, w samej koszuli nocnej i majtkach ona – Amelia. Aż znowu poczułem skok i uścisk, tym razem normalny, bardziej powitalny niż mający na celu mnie udusić. Gdy tak stałem, z nią na rękach powiedziałem:
-Jeszcze raz coś takiego, a obiecuję. Nie ręczę za siebie.
-Już dobrze. -odpowiedziała. -Chodź do kuchni, napijemy się czegoś.
Zabrała po drodze ode mnie przemoczony płaszcz i powiesiła go. Torbę z rzeczami rzuciła na łózko w pokoju obok. Usiadłem na krześle stojącym przy małym stole, naprawdę niewielkim, bo zaledwie dwuosobowym. Amelia wyjęła z szafki dwie, dosyć duże szklanki, z lodówki cole, a z zamrażalnika kostki lodu i… Hmm… Tak, to był Ballantine’s. Dwunastoletni jak mniemam. Mówiąc napić myślałem bardziej o herbacie lub kawie, ale Amelia. Ona chyba nigdy z tego nie wyrośnie.
-A więc znowu chcesz mnie upić? -rzuciłem.
Nie bez powodu. Zdarzały się w przeszłości podobne sytuacje i ja, jako ten młodszy, mniej „doświadczony w boju” pierwszy odpadałem. Zresztą to nie dziwne. To właśnie ona była pierwszą osobą, która na tak zwanym „nielegalu” pierwszy raz poczęstowała mnie alkoholem. Wcześniej owszem, zdarzyło mi się wypić coś, ale to przy rodzinie, tam wychodzili z założenia, że lepiej napić się przy nich, niż pić po krzakach. Coś z tego jednak jest. Amelia siadła na krześle naprzeciwko mnie, subtelnie przeleciała wzrokiem po pomieszczeniu, a następnie po mojej twarzy, tym samym oblizując szklankę czubkiem języka. Po tym, jakby to nazwać – uwodzicielskim geście powiedziała:
-Może. Właściwie to tak. Dlaczego by nie? -w jej głosie słychać było dość wyraźne podniecenie całą sytuacją.
Nie wiem dlaczego, ale zawsze, gdy znalazłem się z nią w sytuacji sam na sam to moje serce wariowało. Dosłownie. Nie było to coś stałego, co łatwo by było poznać. Raz nawalało jak szalone, aż tak że w piersi czułem wbijające się od środka igły, a znowu innym razem całkiem nie było go czuć, jakby wyłączone. Długo jeszcze z nią siedziałem. Z biegiem czasu odczuwałem zawroty głowy, ale też duże zmęczenie o sobie przypominało. Nie patrzyłem już nawet co pije. Po jej opowiadaniach o tym, co się działo w ciągu ostatnich miesięcy usłyszałem pytanie. Pytanie na temat o którym nie wolno było mi mówić.
-A właściwie to co masz do roboty tu, w Warszawie? -zapytała. Od alkoholu jej twarz zrobiła się bardzo różowa i nie mówiła już tak płynnie.
Nie myślałem długo co odpowiedzieć. W sumie Amelii można było powiedzieć wszystko.
-Ustalanie zamachu o tle politycznym. -powiedziałem, ale z uśmiechem na twarzy.
Spojrzała na mnie dziwnym, niepewnym spojrzeniem. Po chwili dopiero przyjęła do wiadomości powagę z jaką mówiłem. Zaczęła się śmiać, ja zresztą też. Może i lepiej.
-A tak naprawdę? Po co przyjeżdżałeś?
-Zwykłe przygotowania wojskowe. Testy sprawnościowe w trudnych warunkach atmosferycznych jak deszcz, śnieg i mróz.
-I to wszystko będzie? Jutro już wracasz?
-Nie, w nocy z czwartku na piątek mamy ćwiczenia w terenie.
-A wracasz do mnie jeszcze na jedną noc? -odparła dziwnie się na mnie patrząc, nie wiedziałem co widzę w jej oczach, czy to nadzieja, czy prośba.
-Czas wszystko zweryfikuje. Pewności nie mam.
Popatrzyłem nieco na kuchnie w której się znajdowałem, ale nie należała ona do najciekawszych pomieszczeń na świecie. Zmęczenie już mocno dawało się we znaki, dlatego podniosłem się z krzesła. Wrażenie, że podłoga była nierówna zapewne wywołał alkohol. Odwróciłem się przez bark, po czym skupiłem wzrok na Amelii i zapytałem:
-To może pokażesz mi, gdzie mam spać?
-Jak to gdzie? Ze mną. -patrzyła mi prosto w oczy, a jej zmysłowe spojrzenie i podstępny uśmiech wywołały u mnie dreszcz i zjeżenie się włosów na rękach.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, bo szczerze – odpowiedź mnie zaskoczyła. Jednak po krótkiej chwili zauważyłem, że uśmiech z podstępnego zamienia się na żartobliwy. Odpowiedziałem lekkim uśmiechem, a następnie zacząłem się śmiać. Ona też. Tak już między nami bywało. Dziwne poczucie humoru, rozmowy z podtekstem seksualnym. Zwykle w ten sposób prezentował się czas beztroski. Przeszliśmy do pokoju. Spojrzałem na łózko, a raczej na kanapę. Amelia usiadła na fotelu i włączyła telewizor. Pościel była schowana w środku. Zanim wyciągnąłem i pościeliłem sobie miejsce do spania zobaczyłem, że usnęła. Spała na siedząco z niewygodnie ułożoną głową na własnym ramieniu. Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawała mi się strasznie słodka w czasie snu. Zdarzyło się nie raz, że widziałem jak śpi. Raz nawet na jednym z obozów w trakcie jazdy autokarem spała wtulona w moje ramie. Była wtedy strasznie bezradna, ale tym samym stawałem się strasznie słaby. Wiedziałem, że nie może tak spać, bo rano zapewne jej szyja będzie potrzebowała lekarza. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do drugiego pokoju. Kładąc ją na łóżku poczułem jej perfumy. Właściwie to nie wiem czy perfumy, zawsze tak samo pachniała. Zmysłowo. Ten zapach był dla mnie jak feromon, gdy go poczułem u innej kobiety, zawsze stawała się dla mnie atrakcyjniejsza. Przykryłem Amelie kołdrą. Kucnąłem obok łóżka. Znowu we mnie pojawiła się ta tęsknota. Dokładnie za przeszłością. Kiedyś wiele mnie łączyło z piękną postacią leżącą przede mną. Nawet wydawało mi się przez chwilę, że między nami może być coś niesamowitego, prawdziwe uczucie. Później jednak zrozumiałem, że sensu to nie ma. Chociaż jeszcze długi czas mieszało mi to w głowie. Teraz, ten przyjazd do niej chyba znowu namieszał mi w głowie. Na pewno nie był to najlepszy ruch, zwłaszcza przed tym co mnie czeka. Zamiast skupić się na misji będę znów rozmyślał o tym „co by było gdyby”. Nie miałem już siły dłużej patrzeć. Jeszcze kilka razy pogłaskałem ją po głowie, miło było poczuć jej delikatne włosy między palcami. Obejrzałem się za siebie, po czym pocałowałem ją w czoło i udałem się w stronę drugiego pokoju. Zanim wyszedłem stanąłem w progu i ostatni raz na nią zerknąłem. Uśmiechała się. Nie wiem dlaczego, może coś się jej śniło, a może wcale nie spała. Nie musiałem długo czekać żeby usnąć. W chwilę pogrążyłem się w krainę snu.
Ciche oczekiwanie – VIII
sty 29th
VIII
18 stycznia 2012, 18:32, Alicante
Kapitan Ramirez chodził po małym, szczelnym pomieszczeniu. Było naprawdę niewielkie, ledwo mieściły się tu dwa krzesła, stół i jedna lampa w rogu. Na jednej ze ścian było lustro. Weneckie. A jakże. Po drugiej stronie lustra stało trzech mężczyzn. Bacznie przyglądali się biegowi zdarzeń mającemu miejsce za ścianą, a raczej za szybą. Jeden z nich, był zapewne kimś ważnym, bo dwóch pozostałych słuchało jego poleceń. W dodatku ubrany w garnitur, wysoki i gruby. Musiał tu coś znaczyć. Po chwili, obecny w pokoju przesłuchań żołnierz – niski, ale dobrze zbudowany z ogoloną głową – zdjął czapkę, po czym zaczął swoje gierki:
-Tak więc nazywasz się Miguel Jocinta dos Santos Meneira, zgadza się?
-Tak. Ale wciąż nie rozumiem…
-Zamknij się! -wrzasnął Ramirez, chyba nie lubił jak ktoś mówił za dużo, gdy nie trzeba. -To ja tu jestem od zadawania pytań. Jasne?
Miguel skinął głową. Wiedział, że sam, nie może tutaj za dużo zdziałać. Był niskim latynosem, który, ani nie był dobrze zbudowany, ani nie umiał się bić. Miał za to inne cechy. Podstępność i spryt. To były umiejętności niezbędne w jego „pracy”.
-Jesteś podejrzany o blisko czterdzieści przestępstw internetowych takich jak włamania na strony, serwery i konta bankowe. -ciągnął wojskowy. -Przyznajesz się do tych zarzutów?
-Nie.
-Coooooooooooo?!
To co się właśnie wydarzyło, a raczej to, co zostało wypowiedziane przeszło szerokim echem po całym Alicante. Nikt nie spodziewał się, że niby ten dźwiękoszczelny pokój wypuści takie ilości hałasu na zewnątrz.
-Dobra, dobra. Możesz się nie przyznawać. Ale my wiemy, że to Ty. Wszystkie ślady prowadzą do Ciebie. To samo IP, ten sam adres. Jak chcesz to wytłumaczyć?
-Nie znam się na tym, ale z tego co wiem, to gdybym ja był tym całym, jak to się nazywa? Hackerem?
-Tak. Hackerem. -powiedział już nieco uspokojony Ramirez.
-No to gdybym nim był w rzeczywistości nie korzystałbym z własnego IP, prawda? Istnieją chyba programy do utajniania tych wszystkich informacji.
Miguel trochę się uspokoił. Wszystko zaczął tłumaczyć tak jak sobie zaplanował.
-Nic Ci to nie daje. I tak wiem że to Ty.
Podszedł do rogu i pociągnął lampkę bliżej stołu. Następnie błysnął światłem prosto w twarz młodego Hiszpana.
-Mów prawdę! To Ty stoisz za atakami na strony rządowe! Wiem, że tak! A kto Ci pomaga.
-To nie ja. I nic więcej nie powiem.
Gdy kapitan Ramirez miał właśnie rozedrzeć się, gdy do pokoju wszedł jakiś żołnierz. Zasalutował po czym powiedział:
-Kapitanie Ramirez! Na komputerze podejrzanego, znaleźliśmy nielegalny program do szybkiej aktualizacji ostatnich działań na komputerze na świeże!
-A jakoś jaśniej? Co to znaczy? – rzekł zniesmaczony i zakłopotany kapitan.
-Oznacza, że był to dysk „awaryjny”, który…
Wypowiedź przerwał wybuch. Wielki dym w całym pomieszczeniu i dziura w ścianie. Miguel szybko i sprawnie zrozumiał o co chodzi. Biegł szybko i wybijając się z progu dziury wyleciał przez otwór w ścianie. Lot trwał chwilę, sekundę, może dwie, ale dla niego to była cała wieczność. Wreszcie chwycił się zwisającej liny i powoli wtargał się na górę helikoptera. Usiadł, trochę ochłonął i powiedział do kolegi w masce:
-To co teraz?
-Czas na rewolucję. Europejską rewolucję.
Ciche oczekiwanie – VII
sty 28th
VII
18 stycznia 2012, 15:30 Kozienice
-Podpułkownik Wyszyński? -w słuchawce zabrzmiał znajomy mi głos.
Proste. Generał Garaś. Mój dobry przyjaciel, a zarazem przełożony. Z bardzo charakterystycznym głosem. Wysoki, dobrze zbudowany, umiejący uporządkować sobie ludzi. Właśnie tacy ludzie zostawali ważnymi osobami w tym kraju. Strach to najprostsza droga do władzy. Nie czekał długo też na moją odpowiedź:
-Tak jest! -wręcz wrzasnąłem do słuchawki. -Co się dzieje?
-Słuchaj Daniel, sprawa nie ma się najlepiej. Oglądałeś telewizje?
-No cały czas widzę to co się dzieje, ale co w związku z tym?
-W Warszawie wybuchły zamieszki, a premier wydał okrutne polecenia. -mówił, ale w jego głosie zanikła pewność siebie. -Mamy rozkaz wyjazdu armatkami wodnymi i pałowania wszystkich opornych demonstrantów.
A to skurczybyk. Nigdy nie lubiłem gościa, ale póki rządził tym krajem musiałem to znosić. Jednak to chyba przelewa czarę goryczy. Nie dość że facet podnosi podatki, podwyższa ceny paliw i wieku emerytalnego to jeszcze stara się tu wprowadzić komunizm. To się nie powinno podobać.
-No więc co z tym robimy? -zapytałem, bo szczerze – nie miałem pojęcia co tym razem leży w mojej kwestii.
-Reaktywacja projektu. Reaktywacja.
-BOC?
-Tak. BOC.
BOC. Biuro Ochrony Cywili. Tajny projekt pozarządowy stworzony jeszcze w 1988 roku. Ma na celu bronić ludzi przed agresją rządową. Stworzony by nie dopuścić ponownie do wydarzeń z 13 grudnia 1981 roku. Lecz informacje o istnieniu całej organizacji mieli tylko nieliczni, a tym samym – jej członkowie. Głównie złożona z wojskowych, ale nie tylko. Byli tu Ci, którzy mogli się przydać w stanie nadzwyczajnym – celnicy na lotnisku, agenci różnych organizacji rządowych i nie tylko. Nikt z nich nie darzył sympatią żadnego prezydenta, ministra, premiera i całej reszty polityków. Nie mogli. Kto wie, każdego dnia mogliby się znaleźć w sytuacji wymierzenia lufą pistoletu prosto w skroń któregoś z nich. Teraz na usta nasuwało się tylko jedno pytanie:
-Tak więc co robimy najpierw? -zapytałem.
-Póki co, to przydałoby się spotkanie. Pasuje Ci koło 20 w magazynie?
Magazyn. Stary budynek po fabryce mebli znajdujący się gdzieś niedaleko na południe od Warszawy. Nigdy nie mogłem zapamiętać miejscowości. Właścicielem tego budynku po upadku fabryki był niejaki Włodzimierz Nowicki – jeden z byłych członków BOC, jeszcze sporo przed śmiercią przepisał akt własności budynku na generała Garasia, stąd też on tam często urzęduje. W chwili obecnej znajduje się tam również masa broni, amunicji i wszelkiego wojskowego sprzętu, który mógłby się przydać „w nagłym wypadku”. Było tam prawie wszystko. Od zwykłych coltów po karabiny snajperskie m 109. Nigdy nie wiadomo, kiedy może to być potrzebne. Najlepiej wcale, ale przyszłości nie da się wywróżyć.
-No pasuje, a mam inne wyjście? -rzuciłem, pół żartem, pół serio.
Zaśmiał się, po czym tylko odpowiedział:
-Nie. O 20 w magazynie. Nie spóźnij się.
W słuchawce już zabrzmiał tylko odrzucony sygnał. Nie mogłem się spóźnić. Co do punktualności generał zawsze przywiązywał wagę. Wielką. Mówił, że dobry czas na walce to połowa sukcesu. Później trzeba tylko zdominować wroga. Skoro spotkanie jest dopiero o 20, a zwykle one trwają godzinami, postanowiłem, że będę zmuszony się spakować, w końcu zmęczenie nie pozwoli mi wrócić od razu do domu.
Ciche oczekiwanie – VI
sty 27th
VI
18 stycznia 2012, 18:25, okolice Alicante
Misja nie była za trudna. Javier specjalizował się w takich akcjach. Łączył pracę z rozrywką i przyjemnością. Już od małego dziecka uwielbiał wspinaczkę. Początkowo robił to na małych, zabawkowych ściankach, które robiły prawdziwą furorę w tamtym czasie. Teraz nie mógł jednak delektować się wspinaczką, również dlatego, że miejsce do niej było niebezpieczne. Na szczęście, działał już pod zasłoną nocy. Zaczął od tyłu. Wielki, ośmiopiętrowy budynek ukazał się przed nim. Jego cel – mały pokój – znajdował się na siódmym. Wspinaczkę zaczął od rynny. Twardej, metalowej rury, ciągnącej się aż do czwartego piętra. Powoli, jak najciszej idąc do góry rozglądał się za nieznajomym patrolem. Póki co, niczego nie widział. Gdy doszedł do czwartego pietra został zmuszony wejść na pewne półpiętro, na którego środku znajdowały się okna ukazujące pomieszczenie, zapewne jakąś graciarnię lub magazyn. Całe szczęście światło było zgaszone. Niestety, pojawił się inny problem. Problem mierzący na oko metr osiemdziesiąt. Uzbrojony w karabin m4 ochroniarz obchodził „półpiętro” dookoła. Javier musiał szybko przeanalizować sytuacje. Z niesmakiem stwierdził, że rozwiązanie jest tylko jedno – eliminacja. Strażnik przeszedł kilka centymetrów od niego i tylko tyle. Chłopak wyskoczył z rynny na dach po czym szybko poderżnął przeciwnikowi gardło. Nie było teraz czasu na ukrycie ciała. W ciągu dwudziestu pięciu minut musiał wykonać zadanie. Szybko wskoczył na drabinę przeciwpożarową i wręcz biegiem wszedł na górę. Tam nie było już niespodzianek. Kilka wentylatorów i drzwi przeciwpożarowe. Właśnie. Drzwi. Nie mógł go nikt zaskoczyć, bo od tego zależy powodzenie misji. Przy pomocy wytrychów postarał się je zamknąć. Po krótkiej chwili usłyszał dźwięk przekręconego zamka. Udało się. Następnie z całej siły zaparł się i wyrwał klamkę. To mu powinno dać całkiem dużo czasu. Wystarczająco dużo, aby zdążył jeszcze zjeść nim go tu znajdą. Rozejrzał się wokół. Nigdzie żywej duszy. Wyjął z plecaka opis budynku i mapę pomieszczeń. Chodził, chodził, aż wreszcie:
-Mam Cię. -odparł.
Pomieszczenie, którego szukał znajdowało się dokładnie dwa piętra pod nim. Grube, metalowe ściany, ale nie ma nic z czym by sobie nie poradził. Już na to przygotował solidną porcje. Przypiął jednym końcem liny swój kombinezon, a drugim poręcz, która odgradzała dach od przepaści w dół. Zaczął się powoli spuszczać w dół. Powoli, spokojnie i nagle szepnął:
-Tu jesteś.
Starannie wyjął z plecaka wcześniej przygotowaną dużą paczkę pełną ładunków wybuchowych. Delikatnie, z wielką starannością przykleił ją do ściany po czym zaczął się powoli wspinać z powrotem na górę. Gdy już dostał się z powrotem na dach, za jego plecami usłyszał warkot silnika. Helikopter. Z odsuniętych drzwi maszyny wyleciała lina. Javier poręcznie skorzystał z niej i wszedł na pokład.
-Wszystko gotowe? -zapytał kompan w dziwnej masce.
-Tak, możemy zaczynać.
Zlecieli nieco niżej. Nagle zabrzmiał wybuch, kłęby dymu wydobywały się z miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą był ładunek wybuchowy. Helikopter szybko odleciał w dal. Z przesyłką na linie.
Ciche oczekiwanie – V
sty 26th
V
18 stycznia 2012, 15:07, Warszawa
Gdy dwóch mężczyzn dyskutowało w pokoju – jeden gruby i niski, czarne włosy, a drugi chudy, wysoki, ciemne blond włosy. Do pokoju wkroczył wojskowy. Wysoki, dobrze zbudowany, z mundurem, odznakami. Zapewne ktoś z wysokim stopniem. Zasalutował, po czym zdał raport:
-Panie Prezydencie! Na ul. Wiejskiej wybuchły zamieszki w czasie protestu! -mówił jak typowy wojskowy, bez emocji w głosie, suche fakty. -Co mamy zrobić?
A więc jeden z nich – niski i gruby – to prezydent. Wybrany po katastrofie smoleńskiej na prezydenta Polski Michał Kamiński – przedstawiciel DPO – Demokratycznej Partii Obywatelskiej. Obydwaj mężczyźni spojrzeli znacząco na siebie. Wyglądali na zadowolonych. Po krótkiej wymianie spojrzeń drugi z nich wstał i powiedział do wojskowego:
-Niech mi Pan powie żołnierzu. -typowy żargon wojskowy, prawdopodobnie wcześniej służył, albo wciąż służy w wojsku. -Jak Wy się nazywacie?
-Major Karnicki, Panie Premierze.
Premierze. Ciekawie. Zatem drugi z mężczyzn to Edward Tuwalski Premier Rzeczpospolitej Polski, który również pochodzi z ramienia DPO. Były żołnierz. Niby demokrata, ale w głębi serca komunista. Lekko uśmiechnięty odpowiedział:
-Tak więc Panie majorze Karnicki. -mówił to strasznie złowieszczo, taki też miał uśmiech. -Proszę wyjechać armatkami wodnymi. Każdy stawiany opór odeprzeć. W razie potrzeby używać gumowych pał.
-Ale… -zawahał się major.
-To rozkaz. Proszę wykonać.
Żołnierz szybko opuścił pomieszczenie. Prezydent wstał i udał się do stojącego w rogu barku. Mały, z drewna dębowego, zapewne też drogi. Wyciągnął z niego szkocką. Nie wiem jaką, nie znam się, ale znając zachłanność tych dwóch Panów do najtańszych nie należała. Otworzył szufladę z której wyciągnął dwa kubańskie cygara. Do nalanego już trunku dorzucił kostki lodu. Po dwie. Wrócił i postawił tacę z „posiłkiem” na małym, szklanym stoliku. Odpalając cygara i przełykając zimny trunek premier Tuwalski powiedział do swojego kompana:
-Najwyraźniej wszystko idzie zgodnie z planem. -mówił dumny i pewny siebie.
-Na to wygląda. -gdy tak gadał, z jego ust wydobywał się gęsty dym spalonego tytoniu. -To kiedy wprowadzamy?
-Poczekajmy może do „spotkania nadzwyczajnego”.
Obaj zaczęli się śmiać, równie złowieszczo, co dumnie.